Monday, July 12, 2010

Nic nam więcej nie potrzeba, oprócz picia i jedzenia/ We don’t need nothing more, just food and drinks

W końcu mieliśmy weekend bez żadnych planów, pośpiechu, rannego wstawania. Miła odmiana. Nic się nie działo, więc nie mam o czym pisać.
W piątek pojechaliśmy odebrać telewizor od naszego właściciela, który był w Cluj, gdzie kręci nowy teledysk. Pojechaliśmy więc się spotkać z jego żoną Cristiną, bo nie chcieliśmy czekać na telewizor, aż Cosmin wróci. Spodziewaliśmy się mniejszego, albo płaskiego telewizora, a czekał na nas ogromy i ciężki telewizor Sony (ale przynajmniej jakościowo dobry). Ale przeniesienie go do samochodu, a potem do mieszkania było wyzywaniem. Pominę szczegóły, sapanie i inne dźwięki wydawane przy podnoszeniu i niesieniu odbiornika, który na dodatek ma monitor cały brudny od lepkich rączek dwuletniej córki naszych właścicieli. Cristina dała nam butelkę szampana (Martini, nie jakaś tam tania rosyjska podróba), więc w sobotę opijaliśmy nasze nowe mieszkanie.
W weekend pojechaliśmy na zakupy spożywcze i mogłam się kulinarnie wyżyć, czego resultatem była szarlotka z malinami (serwowana z lodami), lasagna, a na niedzielne śniadanie naleśniczki z malinami. Nas niedzielny obiad była też sangria, bo się nagle strasznie ciepło zrobiło. Weekendowa wyżerka miała swoje konsekwencje wagowe, więc dziś na lunch zjadłam tylko sałatkę. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie zamieniam się nagle w kurę domową. Nuno wyjeżdża do Portugalii w czwartek, ja dopiero za dwa tygodnie dolecę, a potem znowu 3 tygodnie ja w Rumunii, a Nuno w Porto. Więc muszę się starać zostawić dobre wrażenia, żeby wiedział, jaka wspaniałą dziewczynę ma.
W niedzielę poszliśmy na Lipscani obejrzeć finał Mistrzostw Świata. Ilona nas wyciągała, żebyśmy razem obejrzeli w jakimś barze, ale potem się źle poczuła i odwołała. Ale Nuno już się zdążył z Carlą umówić, więc nie mogliśmy zostać w domu i obejrzeć przy mojito (a miętę i rum już mamy zakupione, będzie na następny raz). Jak to Portugalczycy, umówiliśmy się na 9, 20 min przed rozpoczęciem meczy (Carla się spóźniła 15 min, norma). Oczywiście wszystkie miejsca na tarasie z widokiem na telewizor zajęte, co nie było niespodzianką. Cudem udało nam się jeden stolik znaleźć, mieliśmy farta.
Meczem i wygraną Hiszpanii zakończył się nasz leniwy weekend.


Finally, we had a weekend without any plans, without rushing anywhere, without getting up early. It was nice not to do anything,m not to go anywhere. Nothing happened, so I don’t have anything special to write about.
On Friday we went to pick up the TV from our landlord, who was in Cluj, where he is shooting a new clip. So we went to meet with his wife Cristina, because we didn’t want to wait till Cosmin was back to have TV in our flat. We expected they would give us a smaller, TV with flat screen, and instead there was this huge and heavy Sony TV waiting for us (at least it has good quality, although the screen was having very visible signs of sticky dirtly little hand of our landlords’ 2-years-old daughter). But to put it in the car, and then to carry it to the apartment, was a big challenge. I’ll skip the details, we finally managed, but at some point we lost hope and thought it would be too much to lift it and put it on the table. Cristina gave us a bottle of champagne (Martini, not a cheap one champagne-like-wine), so on Saturday finally we celebrated moving to a new flat.
This weekend we went food shopping, so finally I could show off a bit with mu culinary skills (and prove to Nuno that I know how to cook, I just were too lazy to show it). The result was apple pie with raspberries (served with ice cream), lasagna, and for Sunday breakfast pancakes with raspberries. For Sunday lunch we had a sangria. Cause suddenly it got quite hot (and Nuno is the master in making sangria). Eating so much in just two days had its consequences, so today for lunch I ate just a salad. In my defense I can also add that I’m not turning into some housewife who just cooks and cleans. Nuno is leaving for Portugal on Thursday, I’ll join him only in two weeks, and after the holidays, he will stay in Porto and me in Romania for three weeks. So I have to try to leave a good impression only, so he knows what a wonderful girlfriend he has.
On Sunday we went se see the the World Cup final. Ilona invited us to see it together in some bar, but after eating shrimps she felt bad and canceled. Nuno already made the appointment with Carla, so we couldn’t stay at home and watch the game drinking mojitos (we already had bought rum and mint, for the next time...) Typically for Portuguese people, they wanted to meet at 9, 20 minutes before the game started (Carla was 15 minutes late, no surprise, so it meant we only arrived to bar 5 minutes before the game started). Of course, finding a free table in the downtown, on the World Cup Final, preferably on the terrace was almost impossible. Miraculously, we managed to find a table, we were just lucky.
With Spain winning the final of World Cup, we ended our lazy weekend.

6 comments:

  1. Tymi naleśnikami z malinami zrobilas mi apetyt.

    ReplyDelete
  2. Agaaaaaa, błagam nie rób mi tego, bo przestanę czytać Twojego bloga. slina mi pociekła...Jeszcze tylko 5 kg a potem możesz już pisać i dawać zdjecia czego chcesz:)

    ReplyDelete
  3. Nie martw sie, to tak na zakończenie pobytu Nuno, ajk tylko wyjedzie też się na dietę przerzucam przedplażową :)

    ReplyDelete
  4. dobra, ale wiesz, ze to oznacza 0 alko :)

    ReplyDelete
  5. Agnieszko, dobrze działasz kulinarnie na Nuno! Nie na próżno funkcjonuje przecież powiedzenie"przez żołądek do serca mężczyzny".Maliny to moje ulubione owoce- mniam!Super,że możecie( po krótkim rozstaniu)spotkac się w nowym miejscu!Taka odmiana aranżacji dobrze robi dla związku.I wszystko się dobrze wam układa!Pozdrawiam.Bożena

    ReplyDelete
  6. widze, ze po mamusi tez cos odziedziczylas.. tak wiec nie lekcewaz tego, trenuj, gotuj, eksperymentuj :)

    ReplyDelete