Thursday, September 30, 2010

Paulina też odchodzi z Oracle/ Paulina also quit Oracle

Dzisiaj było pożegnalne piwo z okazji pożegnania się Pauliny z Oracle, gdzie pracowała od maja 2009. Spotkanie kameralne- Marketa, Raluca, Anda, ja, no i Paulina. W środę było oficjalne pożegnanie się w jej dziale, z ciasteczkami (oczywiście z Andą, jako że jesteśmy ciastko żerne, również się przyszłyśmy pożegnać) i prezentami- od kolegów z działu dostała zestaw do zaparzania herbaty, a od nas książkę kucharską, bo wiemy, że uwielbia eksperymentować kulinarnie.

Ja na piwko zabrałam mojego nowego kradzionego przyjaciela- karton. Długa historia. Musiałam wysłać paczkę do Hiszpanii, a w Rumunii, jak się okazuje, kupienie kartony, żeby paczkę wysłać nie jest zadaniem prostym. Nikt nie wiedział, gdzie mogę karton kupić, bo logiczne miejsce- poczta- nie ma takowych artykułów do sprzedaży. Wczoraj zobaczyłam koło drukarki karton po papierze w idealnym rozmiarze, więc zdecydowałam, że go zabiorę do domu. Niestety padało, dlatego też wzięłam go na piwo. Paulina miała kilka dni wolnych przed rozpoczęciem nowej pracy (w zawodzie już, jako geodeta), powiedziała, że zobaczy czy uda jej się kupić taki papier do pakowania paczek. Nie udało się, bo nigdzie nie mieli. Nic, o przygodzie na poczcie opowiem jutro.
A poniżej zdjęcia z bardzo miłego wieczoru, z bardzo miłego powodu. Wszyscy jakoś narzekają na pracę w tej międzynarodowej korporacji, więc jak już ktoś odchodzi, to wszyscy zazdroszczą i świętują.

Today we went for a “ farewell beer” with Paulina, as she just quit Oracle, where she worked from May 2009. It was rather small reunion- Marketa, Raluca, Anda, me, and course Paulina. On Wednesday, there was the official goodbye party in her department, with cookies (of course, me and Anda couldn’t miss this opportunity to eat sweets, as we are cookie monsters), and gifts-from colleagues from her department she got a tea set and a cookbook from us, because we know she loves experimenting in the kitchen.

For a beer, I took my new paper, stolen friend- a box. Long story short: I had to send a package to Spain, and it turns out that in Romania buying a carton box to sent a package isn’t an easy task. Nobody knew where I could possibly buy such a box, because in the logical place, that is post office, they don’t have anything like that. So when yesterday I saw a box, next to the printer, in a size just perfect for me, I didn’t hesitate, I decided to take it home. Unfortunately, as it was raining, I only took it today, when I happened to go for a beer after work. As Paulina had few days off before she started her new job (this time she was working in her field) she said she would see if she manage to buy me some wrapping paper. She didn’t, as apparently they didn’t sell it anywhere in Bucharest. Anyway, about my adventures at the post office, I will wrote a separate post.
And below some pictures of a very enjoyable evening, celebration a good decision to leave Oracle . Somehow, all the people I know there, complain about working in this multinational corporation, so as I there is someone who quits, they all envy him/her and celebrate.

Wednesday, September 29, 2010

Jak poznałam moich sąsiadów z dołu/ How I met my neigbors from downstairs

Chciałabym móc napisać, że poznałam ich w windzie, albo w innej typowo "sąsiedzkiej" sytuacji.
Niestety, w moim przypadku przyczyną poznania moich miłych (ironia) sąsiadów spod 112 była woda i łazienka. Albo połączenie tych dwóch elementów.

Ale od początku. Po pracy zmęczona włączyłam sobie Travel & living, leciało chyba Miami Ink.
Nic, relaks został przerwany przez dzwonek do drzwi. Nie znam rumuńskiego, więc zazwyczaj nie otwieram drzwi. Ale ktoś się nie poddawał, dzwonił z 5 razy, po czym zszedł na dół i dzwonił domofonem, który ma chyba najbardziej irytujący dźwięk, którego już nie mogłam zignorować.
Sąsiadka, na szczęście jakoś się po angielsku umiała porozumieć, zaczęła mi tłumaczyć, że jej sufit w łazience przecieka, że to z mojej łazienki i że ma ten problem już od miesiąca. Od miesiąca? i dopiero teraz przyszła? oczywiście łazienkę odremontowała cztery miesiące temu. Podobno.

Zdenerwowana była, ja się też zestresowałam, bo na dodatek z dzieciakiem przyszła. Nie wiem po co, ale powtarzała, że to jest nie do zaakceptowania, że jej leci, jej śmierdzi, etc (dlatego myślę, że miesiąc to ściema jakaś była).
No i nie byłaby Rumunką, gdyby nie wspomniała o pieniądzach, bo przecież ktoś musi za to zapłacić.
I w ogóle sposób jej mówienia wskazywał, że mnie oskarża o to zalanie. A przecież to się może każdemu zdarzyć, rura jakaś przecieka, ale to niezależne ode mnie przecież.

Powiedziałam, że zadzwonię do mojego landlorda i on się tym zajmie. Ale Cosmin, jak to Cosmin, ze swoim lekkim podejściem do spraw nawet nie chciał do niej zadzwonić. Myślałam, że jak na jeden dzień wystarczy. Po dwóch godzinach jednak okazało się, że nie, nie wystarczy. Dzwonek do drzwi, tym razem sąsiadka przyszła w obstawie męża. Mąż, typowy Rumun- brzuch piwny, okrągła twarz, biały podkoszulek. Myślę, że możecie sobie wyobrazić ten widok.
Zaczęli coś tam krzyczeć łamanym angielskim, pokazując na wypasionym aparacie zdjęcia ich sufitu. Wiadomo, plamę mieli, tego nie wymyślili, ale nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy i mnie oskarża o coś, na co nie mam wpływu. Cosmin poinformowany, zrobiłam to co do mnie należało.

Cosmin przyszedł następnego dnia, coś tam podłubał, powiedział, że mam ostrożnie brać prysznic (co to niby miało znaczyć) i że jak nadal będzie ciekło do sąsiadów to załatwi hydraulika. Ja za to prysznic ranny brałam u Ilony, w drodze do pracy.
Przez następne dni ( bo nie wiedziałam, czy to, co przeciekało zostało już naprawione) brałam prysznic z bijącym sercem i nadzieją, żeby nikt nie zadzwonił do drzwi, kąpałam się późną albo wczesną porą, żeby uniknąć konfrontacji, bo nikt normalny nie powinien przychodzić po północy.

A dzisiaj dostałam wiadomość na facebooku od Cosmina, że wpadnie do mieszkania, tym razem z hydraulikiem. Czyli, że problem nie został ostatnio rozwiązany i pewnie sąsiedzi do niego dzwonili, bo sam z siebie by nie zawołał fachowca. Mógł mi tylko wcześniej coś powiedzieć, bo w mieszkaniu istny sajgon, bo robiłam wczoraj wstępne pakowanie, a naczyń z trzy dni nie myłam, bo planowałam to zrobić dziś.
Nic, zostało mi mało dni, więc się tym przejmować nie będę.


I wish I could write that I met my neighbours in the elevator, or other typical neighbour-type situations. Unfortunately, in my case I got to know my nice (irony) neighbours from apartment 112 because my bathroom and water. Or rather combination of those two elements.
But starting from the beginning. It all happened on Wednesday, when, tired after work, I was watching something (I guess Miami Ink) on Travel& Living. Then suddenly, my relax got interrupted by the doorbell. As I don’t speak Romanian and I wasn’t expecting anybody, I just didn’t open the door. But they just wouldn’t give up, ringing the doorbell 5 or 6 times, then went downstairs and rang the intercom, which has probably the most annoying sound, so it was impossible to ignore it so I had to open.

A neighbour, fortunately spoke basic English, began to explain me that her ceiling in the bathroom was leaking. She said it was leaking from my bathroom, that it started a month ago. A month ago? And she only came now??? She said she had her bathroom renovated four month ago. Yeah, for sure.
She was nervous upset, she even came with her 6-7 years old kid. No idea why she brought him, maybe to make situation more serious? As she kept repeating that it is unacceptable that her kid had to live in such conditions (that means with water dropping from the ceiling). She said “In June I had no this problem, now I have, it smells bad, it is your fault, somebody has o pay for that”. Well, she would not be Romanian, if she hadn’t mention the money. In general, her way of talking indicated she was blaming me for the leak. It could happen to anybody, pipes are old, I had nothing to do with that, I was just unlucky.

I said I would call my landlord and he would take care of. But Cosmin as Cosmin, with his easygoing attitude towards everything, didn’t even bother to call her and calm her down.
I thought that it was enough for one day. After two hours, there was a second part with unpleasant meeting with neighbours. This time, for a change, she came with her husband. Door bell, this time a neighbour came to guard her husband. Her husband, with beer belly, round red face, white undershirt. You get the picture.
They began shouting something in poor English, showing the photo of their ceiling on a very expensive camera. Of course, here was a big water stain on the ceiling, I didn’t deny, but I just hated when somebody is shouting at me for doing something that was beyond my control. I informed Cosmin, and couldn’t do anything more.

Cosmin came the following day, apparently fixed something, but said that I had to be careful when taking a shower (whatever it supposed to mean) and that if the leaking contined, he would call a plumber. Anyway, before he came, I had to go to Ilona’s place to take a shower before going to work.
Over the next few days (because I didn’t know if he had in fact repaired sth and it wasn’t leaking any more) I was taking shower with my heart beating hard, hoping that nobody would knocked on the door, that is why I was always or very late or very early, so no normal person would bother me.

And today I got a message on Facebook from Cosmin (after a week from when neighbours came) he would stop by at the flat, this tome with a plumber. So that meant that the problem hadn’t been resolved last time and that neighbours probably called him, cause he wouldn’t call the plumber on his own initiative. Anyway, he could at least informed be earlier, cause the flat is a huge mess, as yesterday I started packing, and haven’t washed the dishes for 3 days.
But since I am staying only few days more, I will not worry about that.

Sunday, September 26, 2010

Impreza przed-pożegnalna/ Pre-goodbye party

Nie chciałam zostawiać sobie na ostatni weekend sprzątania po-imprezowego, dlatego postanowiłam zrobić małe party w mój przedostatni weekend w Bukareszcie. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy wyjeżdżać tak wcześnie, więc nagromadziliśmy trochę alkoholu, na długie jesienne wieczory. Tak więc, żeby uniknąć stoczenia się na dno i samotnego picia, zaprosiłam kilka osób, którymi zdążyłam się zżyć podczas tych 8 miesięcy, które spędziłam w Rumunii. Była zatem Ilona z Tyckiem, Iva, Anda z Danem, Paulina z Alexem i Marketa. Romina była chora, Diego już miał coś innego w planach na ten dzień, a Kasia z chłopakiem byli poza miastem. Musiałam wykorzystać bony żywnościowe, więc postanowiłam zrobić dobre jedzenie- tarta słona ze szpinakiem, pomidorkami cherry i serem kozim jako przystawka, a na główne do wyboru albo makaron z owocami morza albo ryż z kurczakiem i warzywami. Do wypicia żubrówka, żołądkowej gorzkiej 2 butelki, rum, trochę ginu. Goście jednak nie z rodzaju tych, co to piją dużo, więc nie zdołali wypić wszystkiego, co mieli. Nic, butelkę wódki dostał mój właściciel mieszkania, Ilona pół butelki rumu i resztę likieru Beirao.
Potem część z nas poszła jeszcze na koncert jakiegoś rumuńskiego zespołu grającego covery.
Jednym słowem udana impreza z fajnymi ludźmi. I udany początek mojego ostatniego tygodnia w Rumunii.



I didn’t want spend last weekend in Bucharest cleaning a flat after a party, so I decided to throw a little pre-goodbye party on Saturday before last. As we hadn’t expected to leave Bucharest so early, we accumulated some bottles of alcohol for those long, cold autumn evenings to come. I didn’t want to turn into some lonely, pathetic person who drinks alone, I invited a few people with whom I’ve become close during 8 months I spend in Romania. Ilona with Tycek, Iva, Anda with Dan, Paulina with Alex and Marketa. Romina was sick, Diego had already other plans, Kate and her bf out of town.
I had to use my meal tickets, so I decided to make something good to eat as well: a salty tart with spinach, cherry tomatoes and goat cheese as a starter, and main dish to choose between pasta with seafood, or rice with chicken and vegetables. And to drink there was a bottle of żubrówka, 2 bottles of żołądkowa gorzka vodka, rum, a little gin. My guests apparently are nit heavy drinker type, as they didn’t manage to drink all of that, so I had to give away untouched bottle of vodka to my landlord, and half a bottle of run and some Portuguese liqueur Beirao to Ilona.
Then some of us went to a concert of a Romanian band playing covers.
In a word, it was a nice evening with great people, just a perfect way to start my last week in Romania.

Sunday, September 19, 2010

Red Bull Flugtag

Niedziela. Odwiozłam rano Nuno na lotnisko, bo miał lot do Barcelony już o 9 rano.
Dzień wcześniej zobaczyliśmy plakaty wydarzenia Red Bulla, czyli Konkurs Lotów, które polegają na tym, że uczestnicy „zlatują” czy „skaczą” na zbudowanej własnoręcznie konstrukcji do akwenu wodnego. W Bukareszcie rolę akwenu odkrywała rzeka Dambovita, która wygląda raczej jak duży, brudny kanał. Nie wiem jak zawodnicy nie dostali żadnej wysypki po skokach do tej stojącej, brudnej wody.

Nie chciała siedzieć sama w domu, więc postanowiłam, że się przejdę pod bibliotekę (miała blisko, 5 min spacerkiem), gdzie miałam się spotkać z Iloną i Tyckiem. Poszłam wcześniej, żeby znaleźć dobre miejsce, co było wyzwaniem ze względu na tłumy Rumunów, którzy lubią takie spędy. Z Iloną się nie spotkałyśmy, bo było to niemożliwe.

Po godzinnym czekaniu na rozpoczęcie show, straciłam cierpliwość- pchający się ze wszystkich stron Rumunii, palący bez przerwy papierosy i głośno krzyczący, żeby przekrzyczeć głośną muzykę techno. Poddałam się (podobno wszystko zaczęło się po 2 godzinach od planowego czasu), zrobiłam zdjęcia najciekawszym konstrukcjom, a skoki obejrzała dzięki youtubowi.

Zresztą o całym wydarzeniu stało się głośno z powodu wypadku, jakiego doświadczyła pierwsza uczestniczka, która skakała na pianinie. 26 letnia dziewczyna wylądowała głową na tej konstrukcji (skok z 6 metrów nad poziomem wody, z prędkością około 60km/h) i straciła przytomność, po jej odzyskaniu machała do publiczności, po nie zdawała sobie sprawy w jakim stanie jest. Po zawiezieniu do szpitala okazało się, że ma złamany kręgosłup i będzie operowana. Lekarze stwierdzili, że jej stan jest na tyle poważny, że może nigdy nie odzyskać pełnej sprawności. Nie wiadomo do końca, co było przyczyną. Czy rampa była niepoprawnie skonstruowana, czy wina leżała tylko po stronie poszkodowanej. Oczywiście organizatorzy umywają ręce od odpowiedzialności, bo każdy z uczestników musiał przed skokiem podpisać oświadczenie, że skaczą na własną odpowiedzialność.
Wypadek jednak nie przeszkodził i tłum dobrze się bawił.


Sunday. I went with Nuno to the airport in the morning, as he had a flight to Barcelona at 9 am.
The day before we saw the posters of Red Bull event, The Flugtad (in German it means flight day, air show), a “flight” contest, in which participants "fly " or "jump" into the water on the flying machines they have constructed. In Bucharest, they were launched into Dambovita River, that looked more like a big, dirty channel, not a river. I don’t know how the contestants didn’t get any allergies or rash after being in this polluted and unclean water.
As I didn’t want to stay in the flat alone, I decided to go to see the show that took place net to the National Library, not far from our place. I was to meet Ilona and Tycek. I went earlier in order to get some nice spot to take some pictures, which was quite a challenge because all the Romanians that decided to come there. After all I didn’t meet Ilona, as it was impossible to find each other in such a crowd.
I was waiting for an hour for the show to start, being squeezed between Romanians and Gypsies, that were smoking and shouting, with horrible techno music that was just irritating me. I just gave up, couldn’t wait more (the show started 2 hours after the scheduled time), I took some photos of the most interesting constructions and went home. Then I saw some jumps on youtube.

Anyway, the whole show was commented on the news and newspapers, thanks to an accident (that was described as “completely stupid” in Bucharest Herald) that happened during the first water jump when a first participant jumped on a piano. 26 years old girl hit her head on the construction when landing in the water and lost consciousness (she fell 6 feet above the water level at about 60km / h speed), after she regained consciousness she waved to the audience, not realizing how serious her condition was. She was immediately taken to the hospital, where it was discovered she had her spine broken and needed to be operated. Doctors said that she was in a serious condition and might never fully return to the state from before the accident. The causes remain unclear, as whether the ramp was improperly designed, or was it mistake of the poor injured girl. Of course, the organizers don’t assume responsibility for the accident, as before jumping contestant signed declarations in which they assumed all the risk.
The accident, however, didn’t have any immediate results on the spectators, other contestants or organizers, which carried on with the show.



Więcej zdjęć na oficjalnej stronie Red Bulla/ More photos on the officla Red Bull site.
Powyższe zdjęcie pochodzi z tej strony / Above photo is from this site
Wideo pokazuje wypadek a potem inne skoki oraz atmosferę imprezy/ Video shows the accident and other "jumps"and the atmosphere during the show

Ostatni dzień Nuno w Bukareszcie/ Nuno’s last Day in Bucharest

No i nadszedł dzień pakowania. Nuno odwlekał tę chwilę jak tylko mógł. Postanowiliśmy, że rzucę pracę w poniedziałek i przyjadę do Barcelony najszybciej jak będę mogła, czyli 10 października, bo 5 jadę na kilka dni do Polski.

Z okazji dni Bukaresztu Instytut Polski zorganizował koncert Rock Loves Chopin, na którym miał grać Możdżer. (Nie wiem, co Chopin ma wspólnego z Bukaresztem). Spotkaliśmy się z Pauliną, Kasią i Marketą oraz ich chłopakami. Na koncercie mieliśmy dołączyć do Ilony i Marcina. Fajne towarzystwo, więc trochę smutno, że wyjeżdżam akurat w momencie, kiedy poznaję coraz więcej ludzi, z którymi dobrze się czuję.
Zasiedzieliśmy się trochę w pubie i na koncert zaszliśmy trochę spóźnieni. Okazało się, że Możdżer już grał, bo po raz pierwszy zdarzyło się, że coś zaczęło się przed czasem w Rumunii. Normalnie są wielominutowe czy godzinne opóźnienia, a teraz koncert planowany na 21 zaczął się prawie godzinę przed czasem. Rumunia nie przestaje mnie zaskakiwać. Do tego fajerwerki zorganizowane zupełnie po rumuński, w tak bliskiej odległości od ludzi, że po wystrzeleniu papierowe elementy spadały widowni na głowę.
Po koncercie przeszliśmy się zamkniętym dla samochodów Bulvardem Unirii a potem ostatni raz raze na Lipscani. Nie mogliśmy zostać jednak długo, bo samolot był o 9 rano.



Eventually came the day of packing. Nuno delayed this moment as much as he could, but it on Saturday afternoon, he had no more excuses.
We decided that I would resign from work on Monday and come to Barcelona as soon as possible, that is, October 10th , as on 5th I’m going to spend some days in Poland.
During the weekend, Bucharest celebrated days of the city and on that occasion the Polish Institute organized a concert of Rock Loves Chopin in which Mozdzer was playing the piano. (Don’t ask me what Chopi has in common with Bucharest). We met with Paulina, Kate and Marketa, and their boyfriends. At a concert we were to join Ilona and Marcin, who had arrive earlier. Nice company, so I feel bit sad that I am leaving when I know more and more people with whom I feel good.

We stayed longer in the pub so we came to the concert a little late. It turned out that Mozdzer had already performed, because for the first time it happened that something actually started before it was scheduled. Normally all events are delayed for many minutes or even hours, and now the concert that was suppose to begin at 9 pm started almost an hour earlier. Romania still surprises me. After the concert finished, there were fireworks, organized totally in Romanian way. They were fired in such proximity to the crowd, that paper parts that were ripped after the launch, were falling on people’s heads.
After the concert we went through a closed for cars Bulvard Unirii and then for the last drink on Lipscani. We couldn’t stay for long, because the plane was about 9 am.

Thursday, September 16, 2010

Zmiany się szykują/ Some changes soon

Przed moim wyjazdem do Polski, Nuno został niespodziewanie poinformowany w pracy, że zamiast ponad rocznego kontraktu proponują mu zostać tylko do końca listopada. Zasugerowali także, że jak znajdzie inną pracę wcześniej, to może odejść nawet wcześniej. Wyobraźcie sobie nasz szok- Nuno dopiero co miał szkolenie, kupili mu bilet powrotny na święta do Portugali na 22 grudnia i nagle wiadomość, że ma sobie innej pracy szukać, bo są zmuszeni ciąć koszty, bo zatrudnili nowego portugalskiego managera na cały region (a że nikt nie chciał wyjeżdżać do Rumunii płacą mu tyle, że zwalniają innych, w tym właśnie Nuno). Czyli nasz cały pobyt w Rumunii stanął pod znakiem zapytania. Mi zależało, żeby zostać w Oracle przynajmniej na rok, żeby nie wyglądało w CV, że co kilka miesięcy zmieniam pracę, kraj, wszystko. Zresztą chciałam odpocząć od niepewności co do przyszłości i przez jakiś czas nie musieć się zastanawiać, co dalej z naszym życiem. Niestety, życie często nie jest takie jakie chcielibyśmy, a nasze życie pełne jest zaskakujących zwrotów i niespodzianek. Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak to zaakceptować.

W każdym razie Nuno zaczął wysyłać CV, jak mówił wysyłać spontaniczne kandydatury, do Portugalii, Polski, innych krajów (nie wiem szczerze mówiąc, czy wysłał coś do Rumunii, bo nasi rodzice jakoś dziwnym trafem zgodnie stwierdzili, że może to lepiej, że tak się stało i że nasza przygoda z Rumunią skończy się wcześniej niż myśleliśmy). Nie pisałam nic wcześniej o naszej sytuacji, żeby nie zapeszyć, nie chciałam gdybać i zgadywać, co los nam przygotował tym razem. Ale teraz już wiem. Mniej więcej :) Wszystko potoczyło się w ekspresowym tempie. 9 września Nuno wysłał CV do HP w Barcelonie (ofertę znalazła jego była współlokatorka), wieczorem tego samego dnia zadzwonili i następnego dnia miał pierwszą rozmowę. W poniedziałek następny etap- ponadgodzinna wideokonferencja. We wtorek 14, zadzwonili z HR a potem późnym wieczorem z oficjalnym potwierdzeniem, że Nuno dostał pracę. Mały szczegół, lot do Barcelony już 19 września. Innymi słowy chyba najszybsza rekrutacja o jakiej słyszałam. Totalne zaskoczenie, że w ciągu dwóch tygodni nasze życie odmieniło się o 180 stopni. Do tego wizja, że zostaję sama w Bukareszcie nie była szczególnie ekscytująca. Do tego nie wiedziałam, kiedy mam rzucić pracę, jak to powiedzieć Ramonie. Nie wspominając o obawach związanych z szukanie nowej pracy w Barcelonie. Ale potem przyszły inne przemyślenia. Kiedyś marzyłam, żeby mieszkać właśnie w Barcelonie. Znam język, więc nie będę czuć się tak zagubiona, nie mam problemów z poznaniem nowych ludzi, hiszpańskie jedzenie jest o niebo lepsze niż rumuńskie. Wyszło jednak dużo plusów. Teraz tylko trzymajcie kciuki za znalezienie szybko fajnej pracy.




Before I went to Poland to spend some days with the family, we had some unexpected new regarding Nuno’s job and his future in the company. He was informed that instead for staying in the company for more than one year, what they were offering him was a three-month contract, till the end of November. They also suggested that in case he found another job earlier, he was free to go earlier. Imagine our shock, it was the least thing we expected, Nuno had just come back from a month training, they bought him a return ticket to Portugal for holidays for 22nd December. He was let go only because they hired some new Portuguese manager for the whole region, and since nobody really wanted to come to Romania so they offered him such a big salary that they were firing other people, including Nuno.
So a big question mark hung over our entire stay in Bucharest. I wanted to work in Oracle for at least one year, so it wouldn’t look that I can’t stay in one job for more than few months. Anyway, I also needed not to think about future, about the whole uncertainty, I didn’t want to start over- another country, another job, people, everything. Unfortunately, life is full of surprises, it almost never turns out the way you would like it, and especially ours, seems like a chain of surprising events and changes. I guess I have no way but accept it.

Anyway, after being told the bad news , Nuno started sending CVs, mostly spontaneous applications to companies in Portugal, Poland, other countries (to be honest I do not know whether he applied for any job in Romania, because our parents somehow agreed that maybe this whole situation was for the better, and maybe it was good that our Romanian adventure was to finish before we expected. I haven’t written about this before, as I didn’t want to wonder and speculate about the future or to guess what this time the life had prepared for us. But now I know. More or less:)
Everything happened so fast, it was question of days. September 9th: Nuno sent CV to HP in Barcelona (his ex flatmate found the offer and shared it with him), the same evening they phoned him to schedule the first interview for the following day. On Monday, the next step- more than one hour long videoconference . On Tuesday 14, the HR phoned him to confirm some details and later in the evening they informed him officially that he got the job. A small detail, the flight to Barcelona was scheduled for 19th September. In other words, probably the fastest recruiting process I’ve ever heard of. It came as a total surprise, within two weeks, our lives changed completely. The vision of staying alone in Bucharest was not particularly temping. I didn’t know when I should quit my job, how to tell it to Ramona. Not to mention the fear whether I find the job. But on the other hands, I dreamt about living in Barcelona .
For this I did not know when I quit a job, how to say Ramonie. Not to mention the fears. I know the language, so I won’t feel so lost, I have no problems with getting to know new people, Spanish food is far better than Romanian. So there are many good sides of this change. Now just keep your fingers crossed for me finding a nice job soon.

Sunday, September 12, 2010

Pseudo wakacje w domu/ Fake holidays at home

W tym roku byłam już na wakacjach w Portugalii i to całkiem niedawno. Ze względu na centralizację działu w Rumunii nie ma zbytnio kto mnie zastępować, więc wzięcie kilku dni urlopu nie jest łatwą sprawą. Fakt, że jestem jedynym 100% obcokrajowcem (8 miesięcy za granicą i nie wiem jaka jest forma żeńska od obcokrajowiec, istnieje w ogóle?) nie ułatwia sprawy. Nie ma taryfy ulgowej, dodatkowych dni na spędzenie czasu z rodziną w kraju. Tak więc z tego powodu tym razem przyjechałam tylko na kilka dni (piątek wieczór- czwartek), z których 3 musiałam pracować z domu. I szczerze przyznam, że dwa pierwsze dni rzetelnie pracowałam, odpowiadałam na maile, pisałam do klientów, ale trzeciego dnia sobie trochę odpuściłam, włączyłam tylko komunikator i outlooka i odpowiadałam tylko na maile, nic więcej. Niecały tydzień pobytu w Polsce to jednak zdecydowanie za krótko, ale wystarczająco, żeby przyzwyczaić się do jedzenia mamusi, języka, który się rozumie i nabrać niechęci do powrotu do Rumunii.
Standardem jest, że za każdym razem jak wylatuję z Bukaresztu, moje samoloty mają opóźnienia. Tak więc i tym razem czekanie na samolot wydłużyło się o godzinę, później szybki truchcik do taksówki i cudem dojechałam na Centralny 7 minut przed odjazdem pociągu. W domu przez weekend byłam jedynaczką, bo Magda pojechała do znajomych do Warszawy.
Po tych kilku miesiącach pobytu w Rumunii, kraju, który jednak jest wyraźnie w tyle, w porównaniu z Polską,mój kraj już tak mnie nie denerwuje. Nie wiem jednak, ile czasu przyjdzie mi jeszcze mieszkać w Rumunii, ani jaki będzie następny kraj, gdzie przyjdzie nam żyć. Z Nuno mamy małą rozbieżność pod tym względem, musimy jakiś kompromis osiągnąć. Bycie z obcokrajowcem ma swoje niewątpliwe zalety, nudno nie bywa prawie nigdy.

English version soon

Thursday, September 9, 2010

Podróż pociągiem/ Going by train

Jadę sobie właśnie pociągiem, na trasie Bydgoszcz- Warszawa i nadrabiam wpisy na blogu, stąd tyle zaległych postów. Nie miałam nowej książki w domu, nie zabrałam PSP Nuno, nie mam dostępu do sieci bezprzewodowej, nikogo w przedziale, więc żeby zabić czas jedyne, co mogę robić to pisać. Jest to też zajęcie, dzięki któremu choć na chwilę zapominam, jak bardzo nie chcę wracać do Bukaresztu. Zresztą nie wiadomo, kiedy będę miała znowu trochę wolnego czasu- w końcu chcemy paintballa zorganizować, nowy sezon z serialami się zaczyna, więc sami rozumienie- blog nie jest priorytetem. W pracy już też niezbyt wiele czasu, bo pracy w końcu sporo, od 1 września zaczęłam już pracować bez pomocy moich poprzedniczek z Warszawy. Ale nie żebym się przepracowywała, może czasami, ale dostosowałam się do rumuńskiego stylu pracy mojej managerki , czyli dużo przerw i ogólnie lekkie podejście do obowiązków. Robię swoje, ale dokładnie o 5.59 wyłączam wszystko, aby móc wyjść o 6 do domu. (Właśnie jakaś dziewczyna się dosiadła w Toruniu, ale ja nie jestem z tych, coby rozmowę z nieznajomymi inicjować).

W Warszawie czeka mnie samotne czekanie na samolot, przyjeżdżam o 16.30, z Natalią się umówiłam na kawę na 18, potem autobusem przez rozkopaną stolicę na rozkopane lotnisko (akurat wszystko remontują), gdzie muszę jeszcze o duty free zahaczyć. I mam nadzieję, że po drodze nie rozwali mi się sernik, który mama specjalnie piekła dla Nuno. A potem mam nadzieję, że taksówkarz znowu nas nie okantuje, jak ostatnio, gdy odbierałam Nuno z Otopeni. Było zimno, nie chciało nam się czekać na kolejną taksówkę, więc wytargowaliśmy się z jednym taksówkarzem, że nas za 35 lei weźmie do domu. Początkowo chciał 40, ale normalnie płacę 30, więc się nie zgodziliśmy. Oczywiście, jak nas dowiózł pod blok to zapomniał o wyniku wcześniejszeho targowania i chciał 40. Daliśmy 38, bo Nuno się bał, że mu odjedzie z walizką w bagażniku.

Małe sprostowanie: coś mnie w pociągu tknęło, coby napisać do Kasi D., mojej byłej współlokatorki z Saskiej i erasmusowej, okazało się, że kończy wcześniej pracę, więc się umówiłam na późny lunch, przed spotkaniem z Natalią. Czyli kilkugodzinny pobyt w Warszawie obfitował w spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi. Następnym razem, czyli 17 grudnia, postaram się jednak spotkać z tymi wszystkimi, z którymi ze względu na dość krótki i intensywny pobyt pominęłam.

When I am writing this post I am on a train from Bydgoszcz to Warsaw, being bit bored so that is why I’ve posted so many new posts that were to be written some time ago. Since I didn’t have any new book at home, hadn’t borrowed Nuno’s PSP, no free wireless, nobody in the compartment, so the only way to kill the time, is to write. It is also something that helps me to forget, even if only for a moment, how much I don’t want to go back to Bucharest.

Anyway, I don’t know when I will have some spare time to write- after all we want to go for a paintball, new season starts and it means my series are back, so you got the point, writing a blog won’t be my priority. At work unfortunately my free time is very limited, since I started working on my won, without help from my previous colleagues from Warsaw, from the 1st of September. It doesn’t mean that suddenly I’m overworked I adjusted to a Romanian style of working which is perfectly represented by my Team Leader, which in short means making a lot of pauses and having light attitude and no stress towards my duties. I am doing what I am supposed to do, but at 5.59 sharp I am closing all the programs & applications, so that at 6 pm I can turn off my computer. (Oh, some girls just entered my compartment in Torun, but I am not the type to initiate a conversation with a complete stranger.)

In Warsaw I have to wait for my plane, all alone. I arrive at 16.30 and only at 18 I’m meeting Natalia for a short coffee and catching up, then have to catch the bus to go to the airport which is being renovated, so chaos on the way is expected. I also have to stop at duty free . And hopefully sernik (cheescake), which my mum baked for Nuno, won’t fall apart in my bag. And later, I hope that a taxi driver won’t try to screw us, like it happened last time when I picked Nuno up from Otopeni. It was so cold, that we didn’t want to wait for another taxi and bargained with a guy that he would take us for 35 lei. Initially he wanted to charge us 40 lei, but since normally I pay 30 I didn’t agree. Of course, when we arrived home he pretended to totally forget about our agreement and wanted his 40 lei. We gave him 38 cause Nuno was afraid that he would leave in his luggage in the trunk.

Small update: something made me think of Kasia D., my ex-flatmate from Saska and Erasmus time, so I texted her and luckily as she finished her work earlier we met for late lunch, before meeting with Natalia. In other words, few hours stay in Warsaw was about meeting friends I haven’t seen for ages. Next time, that is on 17th December, I will do my best to meet with all those that I missed this time due to very short and intense trip.

Friday, September 3, 2010

Urodziny Andy/ Anda’s birthday

Anda jest najmłodszym członkiem naszego teamu i tak się jakoś składa, że to z nią mam najlepszy kontakt. Jest jedną z niewielu fajnych i normalnych Rumunek. Z tego też powodu wzięłam na siebie odpowiedzialność zebrania pieniędzy na prezent i kupienia go (już pisałam o tradycji świetowania urodzin/imienin w Oracle), mimo że prezent od siebie już dla niej miałam. Dzięki pomocy mojej mamy, dzięki której ta niespodzianka była możliwa. Andzie zawsze podobają się moje kolczyki (tak się składało, że wszystkie są z tej samej firmy, nazwy nie wspomnę, coby nie robić kryptoreklamy), więc poprosiłam mamę, żeby z Madzią wybrały model podobny do tego, co się Andzie najbardziej podobał. Paczka z kolczykami przyszła tydzień przed urodzinami Andy i walczyłam z sobą, żeby nie dać ich jej wcześniej, żeby zobaczyć reakcję. Dotrwałam jednak do dnia urodzin i warto było zobaczyć zaskoczoną minę Andy. Oczywiście zachwyt też się na niej malował :)

Tak jak wspomniałam, tym razem ja napisałam i rozesłałam maila do wszystkich z informacją o zbiórce kasy na prezent dla Andy. Nie ma to jak opcja copy/past, dzięki czemu mail był po rumuńsku, co wszystkich zdziwiło. Dostałam również pochwałę od mojej Team Leaderki, że super że pamiętałam, że mi gratuluje, etc. Nie ma to jak umieć rozpoznać wywiązanie się z ważnych zadań. Bo jakoś, jak wykonuję moje inne obowiązki związane z pracą, to tego nigdy nie zauważa. Ale nic, prezent od ludzi z działu też ładny i trafiony wybrałyśmy z Rominą, granatowy portfel i pasujący do niego kolorystycznie szalik. Poszłyśmy na jakość, a nie ilość, jak to miało miejsce w przypadku moich urodzin.

Anda is the youngest member of our team but somehow it is with her that I am getting along really well. She is really nice and normal girl, which is not that common here. For those reasons I took the responsibility to gather money for her B-day and buy a present (I already wrote about Oracle’s tradition to celebrate birthdays/ namedays), although I already had a present for her from me. Thanks to my mum’s help this small surprise was possible. Anda always liked my earnings (they all happen top be bought in the same jewelery shop, which name I won’t mention not to make some hidden publicity), so I asked my mum to choose with Magda a pair of earnings similar to those that Anda liked the most. The package with earnings arrived by post one week before Anda’s birthday so I was struggling really hard not to give them to her before cause I was really curious to see her reaction. I managed to wait till the B-day and it was really worth to see her surprised face. And delighted face of course, as she loved the earnings.

As I mentioned, it was on me to send the e-mail to all the people informing I was gathering money for a gift for Anda. The copy/paste option was really useful, so that my e-mail was in Romanian, and everyone was so surprised. I also was appreciated by my Team Leader, who congratulated me on remembering of Anda’s B’day and taking care of everything. Well, strange to discover once again how she prioritize important tasks, cause she never ever commented on how well I was doing my work related duties. Never mind, getting back to the present- with Romina we chose a really nice one- dark blue wallet and matching scarf. We decided to choose quality and not quantity, as was the choice with my b-day present.

Wednesday, September 1, 2010

Kolejna wizyta/ Another visit

Jakiś czas temu przyjechali do mnie kolejni goście z Polski, Kasia z Kubą. Przyjechali i to w jakim stylu: niebieskim volkswagenem garbusem z 1974, który robił furrorę na rumuńskich drogach, zdominowanych przez Dacie. Jako że musiałam pracować, to tym razem nie musiałam odbyć standardowej rundki po atrakcjach Bukaresztu. Służyłam tylko radami, co gdzie i jak. I wieczorami słuchałam wrażeń z podróży po Rumunii. Aż wstyd, że w ciągu tych kilkunastu dni zobaczyli więcej niż ja przez 7 miesięcy.

Z ciekawych opowieści zapamiętałam, jak opisali warunki w hostelu w Ordei (chyba dobrze pamiętam), gdzie zatrzymali się w secesyjnym, acz zapuszczonym budynku. I zobaczyli, jak w warunkach rumuńskich oszczędza się na remoncie: na grzyby na ścianach poprzyklejane byłe taśmą klejącą białe kartki, które miały ukryć ten mankament. Narzekali także na stan dróg rumuńskich, brak znaków orientacyjnych, ale za to zaskoczeni byli uprzejmością ludzi oraz znajomością angielskiego.

Z Kasią nie widziałyśmy się całe wieki, więc nadrabiałyśmy gadając godzinami. 3 noce, które u nas spędzili minęły szybko, ale jako że w Bukareszcie nie ma za dużo zabytków, nielogiczne byłoby przedłużenie postoju w stolicy.


Some time ago Kasia and Kuba finally visited me. They arrived in a quite remarkable way: in blue Volkswagen beetle from 1974, which was something amazing and surprising on Romanian roads, dominated mostly by Dacias. Since I had to work, this time I didn’t participate in a usual sightseeing tour of few Bucharest’s attractive spots. I just gave them some advices of how/ what/where to see/eat,etc. And in the evenings I was listening their impression on Romania. I was ashamed to realize they had seen more during their trip than me, who in this country for 7 months.

From funny stories they told, I remember one about a hostel in Ordea (if I remember correctly), where they stayed. It was a beautiful building in art deco style, but was bit ruined. There they saw the Romanian style of saving money on revovation: mold on the walls was covered with white sheet of paper attached to the wall by scotch tape. They were complaining also on bad shape of Romanian roads and lack of signs of orientation, but on the other hand they were surprised how nice and helpful were the Romanians, and how well they spoke English.

I haven’t seen Kasia for ages, so we caught up talking for hours. Those 3 nights they spent at our place passes so fast, but as in Bucharest there are really not that many things to see it would be illogical to stay longer in the capital.