Jako że tytuł ostatniego blogu zainspirowany był filmem "Biały kot, czarny kot", nazwa nowego też zainspirowana jest filmem, tym razem Allena.
Bez zbędnych formalności, zapraszam na nowego bloga pod adres: http://nunoagabarcelona.blogspot.com/
Since the last blog's title was inspired by the movie "Black cat, white cat", the new blog is also inspired by a movie, this time W.Allen's one.
Without any more unnecessary comments, I invote you all to my new blog:
http://nunoagabarcelona.blogspot.com/
Monday, October 25, 2010
Monday, October 11, 2010
Nowy blog o Hiszpanii/ New blog about Spain
Niedługo zacznę pisać bloga o moim nowym, hiszpańskim życiu. Muszę tylko nazwę wymyślić. Jakieś propozycje?
I will soon start to write a new blog about my life in Spain. I just need to come up with a title. Any suggestions?
Dzisiaj sobie myślałam i wymyśliłam kilka/ Today I have come up with some ideas
my barcelona
my life in barcelona
Aga Nuno Barcelona
taste of life in BCN
fiesta&siesta
my catalan life
bits&pieces of my spanish life
Jakaś się Wam podoba?/ You like any of them?
I will soon start to write a new blog about my life in Spain. I just need to come up with a title. Any suggestions?
Dzisiaj sobie myślałam i wymyśliłam kilka/ Today I have come up with some ideas
my barcelona
my life in barcelona
Aga Nuno Barcelona
taste of life in BCN
fiesta&siesta
my catalan life
bits&pieces of my spanish life
Jakaś się Wam podoba?/ You like any of them?
Saturday, October 9, 2010
Podsumowanie/ Last words
Wednesday, October 6, 2010
Pa, pa Rumunio/ Bye, bye Romania
W normalnych okolicznościach nie lubię pożegnań. Teraz jednak czułam radość wyjeżdżając.
Nie obyło się jednak bez kilku przykrych niespodzianek. Nie mogłam bowiem wyjechać z Rumunistanu bezproblemowo.
Problem nr 1: Cosmin hojnie zaoferował się, że mnie zawiezie samochodem na lotnisko. Okazało się jednak, że ma jakieś spotkanie i nie zdąży, bo tego dnia były mega korki (dla odmiany) plus jakieś demonstracje kontra polityce rządowej, na które zjechali się demonstranci z całego kraju, a które miały się zacząć akurat na drodze na lotnisko. Tak więc Cosmin przepraszał bardzo i radził pojechać taksówką dużo wcześniej.
Problem nr 2: nie, nie było tym razem problemu z taksówką. Tym razem, dla odmiany, był problem z odprawą. A konkretniej z nadbagażem. W walizce na 20 kg dopuszczalnych miałam 18, ale nic by się już w walizce nie zmieściło, tak była zapakowana. Wszystko byłoby w normie, gdyby głupia panna nie poprosiła o zważenie walizki podręcznej. I nie żebym leciała Ryanairem czy inną tanią linią, leciałam LOT-em, za bilet swoje ciężkie pieniądze zapłaciłam (tata zapłacił, prawdę mówiąc, ale nie zmienia to faktu, że nie był to low cost). I nigdy, przenigdy (nie znałam też nikogo komu by się to zdarzyło) nie zapytali mnie o wagę bagażu podręcznego. Aż do pamiętnego incydentu w Bukareszcie, gdzie waga podręcznego pokazała 9 kg. Panienka trzy razy się dopytała koleżanki, ile Lot ma dopuszczalnego limitu i okazało się, że mam 3kg za dużo. Ale nie, nie da się przepakować do drugiej walizki, bo ona już jest na pasku, nie, nie da się nadać jako drugi bagaż, nie, absolutnie nie da się przymknąć oka na ten bagaż. W ogóle o straciłam cierpliwość, bo próbowałam tłumaczyć, jak można najbardziej ekonomicznie dla mnie rozwiązać tę sytuację. Bo cena za 1 kg nadbagażu to 10 euro, więc jednak zależało mi na jakiejś współpracy. Gdzie tam, w Rumunii o tym zapomnij. Ludzie są mili i pomocni, do czasu, kiedy w grę wchodzą pieniądze, a panienka pewnie dostaje jakąś prowizję. Bo jak inaczej wytłumaczyć jej nadgorliwość? Nic, 20 minutowa dyskusja zakończyła się dla mnie niekorzystnie. Musiałam nadać bagaż podręczny, który policzyło się jako nadbagaż, więc po odprawie byłam 80 euro na minusie. Nawet nie myślałam o jakiś pamiątkach z Rumunii, chciałam tylko stamtąd wyjechać.
Under any normal circumstances I hate goodbyes, I hate to pack, I hate to leave. His time, however, I felt nothing but happines.
Of course, I couldn’t leave Romania without few unpleasant surprises. I just couldn’t leave this country in any other way but the hard one.
Problem no. 1: Cosmin had generously offered that he would take me to the airport. But it turned out that he had some meeting and couldn’t make it on time to pick me up, because on my day of departure in the whole city there were huge traffic jams (for a change), and to addition o that- a big demonstration against the government, with protestants from all over the country, and it happened to start exactly on my route to the airport. Cosmin apologized (at least he had let me know in advance, so I didn’t have to face the stress of being stuck between he demonstrators and arrive late) I called a taxi way in advance. But afterwards I had to face problem no. 2.
Problem No. 2: No, this time it wasn’t taxi related. This time, for a change, it was related to check-in. More specifically o extra luggage. The bag I was checking in had 18 kg out of 20 allowed, on the 20 kg limit had 18, couldn’t squeeze anything more even if I sit on it. Well, in any normal circumstances, I wouldn’t have any problems. Just this time it happened to be my unlucky day, and the lady asked me about my hand luggage. Not that I was flying with Ryanair, where this happens always so wouldn’t be surprising. No, this time the lady made sure by asking her 3 friends what was the weight limit for hand luggage for LOT. I already paid quite a lot for the ticket and then for changing the flight date (well, to be precise, my dad paid, but still it doesn’t change the fact that it was no low cost). And it never ever happened to me or to any of my friends that they checked the hand luggage. Well, as they say, there always must be the first time. Mine just happened to be in Romania, where I had to deal with this unpleasant lady. Who didn’t let me repack, didn’t let me to check it as another luggage, not to mention that she didn’t consider even for one second to turn a blind eye on extra 4 kg of the hand luggage (she even looked at my laptop and said viciously: “you don’ want us to weight it also”). In general, at some point I was about to lose my patience, trying to explain her how we could solve his situation in most economical way. Cause 1 kg of extra luggage was 10 euros, so I was pretty determined to try to work things out with her. In vain. In Romania, people are friendly, till the moment money get involved. And probably she gets commission whenever she charges some poor traveler. What other reason can explain her behavior? So after 20 min discussion, almost crying with frustration, I had to pay 80 euros for nothing. Later I didn’t even stop at duty free or thought about buying some souvenir. I just wanted to leave this country.
Nie obyło się jednak bez kilku przykrych niespodzianek. Nie mogłam bowiem wyjechać z Rumunistanu bezproblemowo.
Problem nr 1: Cosmin hojnie zaoferował się, że mnie zawiezie samochodem na lotnisko. Okazało się jednak, że ma jakieś spotkanie i nie zdąży, bo tego dnia były mega korki (dla odmiany) plus jakieś demonstracje kontra polityce rządowej, na które zjechali się demonstranci z całego kraju, a które miały się zacząć akurat na drodze na lotnisko. Tak więc Cosmin przepraszał bardzo i radził pojechać taksówką dużo wcześniej.
Problem nr 2: nie, nie było tym razem problemu z taksówką. Tym razem, dla odmiany, był problem z odprawą. A konkretniej z nadbagażem. W walizce na 20 kg dopuszczalnych miałam 18, ale nic by się już w walizce nie zmieściło, tak była zapakowana. Wszystko byłoby w normie, gdyby głupia panna nie poprosiła o zważenie walizki podręcznej. I nie żebym leciała Ryanairem czy inną tanią linią, leciałam LOT-em, za bilet swoje ciężkie pieniądze zapłaciłam (tata zapłacił, prawdę mówiąc, ale nie zmienia to faktu, że nie był to low cost). I nigdy, przenigdy (nie znałam też nikogo komu by się to zdarzyło) nie zapytali mnie o wagę bagażu podręcznego. Aż do pamiętnego incydentu w Bukareszcie, gdzie waga podręcznego pokazała 9 kg. Panienka trzy razy się dopytała koleżanki, ile Lot ma dopuszczalnego limitu i okazało się, że mam 3kg za dużo. Ale nie, nie da się przepakować do drugiej walizki, bo ona już jest na pasku, nie, nie da się nadać jako drugi bagaż, nie, absolutnie nie da się przymknąć oka na ten bagaż. W ogóle o straciłam cierpliwość, bo próbowałam tłumaczyć, jak można najbardziej ekonomicznie dla mnie rozwiązać tę sytuację. Bo cena za 1 kg nadbagażu to 10 euro, więc jednak zależało mi na jakiejś współpracy. Gdzie tam, w Rumunii o tym zapomnij. Ludzie są mili i pomocni, do czasu, kiedy w grę wchodzą pieniądze, a panienka pewnie dostaje jakąś prowizję. Bo jak inaczej wytłumaczyć jej nadgorliwość? Nic, 20 minutowa dyskusja zakończyła się dla mnie niekorzystnie. Musiałam nadać bagaż podręczny, który policzyło się jako nadbagaż, więc po odprawie byłam 80 euro na minusie. Nawet nie myślałam o jakiś pamiątkach z Rumunii, chciałam tylko stamtąd wyjechać.
Under any normal circumstances I hate goodbyes, I hate to pack, I hate to leave. His time, however, I felt nothing but happines.
Of course, I couldn’t leave Romania without few unpleasant surprises. I just couldn’t leave this country in any other way but the hard one.
Problem no. 1: Cosmin had generously offered that he would take me to the airport. But it turned out that he had some meeting and couldn’t make it on time to pick me up, because on my day of departure in the whole city there were huge traffic jams (for a change), and to addition o that- a big demonstration against the government, with protestants from all over the country, and it happened to start exactly on my route to the airport. Cosmin apologized (at least he had let me know in advance, so I didn’t have to face the stress of being stuck between he demonstrators and arrive late) I called a taxi way in advance. But afterwards I had to face problem no. 2.
Problem No. 2: No, this time it wasn’t taxi related. This time, for a change, it was related to check-in. More specifically o extra luggage. The bag I was checking in had 18 kg out of 20 allowed, on the 20 kg limit had 18, couldn’t squeeze anything more even if I sit on it. Well, in any normal circumstances, I wouldn’t have any problems. Just this time it happened to be my unlucky day, and the lady asked me about my hand luggage. Not that I was flying with Ryanair, where this happens always so wouldn’t be surprising. No, this time the lady made sure by asking her 3 friends what was the weight limit for hand luggage for LOT. I already paid quite a lot for the ticket and then for changing the flight date (well, to be precise, my dad paid, but still it doesn’t change the fact that it was no low cost). And it never ever happened to me or to any of my friends that they checked the hand luggage. Well, as they say, there always must be the first time. Mine just happened to be in Romania, where I had to deal with this unpleasant lady. Who didn’t let me repack, didn’t let me to check it as another luggage, not to mention that she didn’t consider even for one second to turn a blind eye on extra 4 kg of the hand luggage (she even looked at my laptop and said viciously: “you don’ want us to weight it also”). In general, at some point I was about to lose my patience, trying to explain her how we could solve his situation in most economical way. Cause 1 kg of extra luggage was 10 euros, so I was pretty determined to try to work things out with her. In vain. In Romania, people are friendly, till the moment money get involved. And probably she gets commission whenever she charges some poor traveler. What other reason can explain her behavior? So after 20 min discussion, almost crying with frustration, I had to pay 80 euros for nothing. Later I didn’t even stop at duty free or thought about buying some souvenir. I just wanted to leave this country.
Tuesday, October 5, 2010
Ostatni dzień w pracy, pożegnalna kolacja w La Mama i wylane wino/ Last day at work, good-bye dinner in La Mama and spilt wine
Nadszedł w końcu ostatni dzień mojej pracy, przedostatni dzień w Rumunii, chciałam bowiem jak najszybciej wrócić na kilka dni do domu przed wyjazdem do Barcelony. Tak więc ostatniego dnia porządkowałam komputer, spisywałam niedokończone sprawy, żeby ktoś, kto przejmie po mnie obowiązki wiedział, co i jak. Miałam także rozmowę z potencjalną kandydatką (którą, jak mi potem opowiedziała Anda, zdecydowano się zatrudnić), bo Ramona wolała nie ryzykować kolejny raz i wziąć jakiegoś nativa, który nie wiadomo na jak długo zostanie w Rumunii, ale raczej Rumunkę, dla której praca w Oracle to spełnienie marzeń. Dziewczyna spędziła jakiś czas w Polsce, rozumiała wszystko, co mówię, ale… ale jej poziom języka pozostawiał jeszcze dużo do życzenia. Dałam jej 6/10, ale Ramonie to wystarczyło, bo przecież jest zawsze Google translator. Nic, z Marcinem Ilony nie miała nawet rozmowy, ale wyszło na lepsze, bo dostał pracę w innym dziale, odnowy kontraktów, gdzie pracuje Kasia i Marketa, a nie w ściąganiu należności, który chyba jest jednym z gorszych miejsc, gdzie można pracować. Osobiście uważam jednak, że jest to dział, w którym najważniejsza jest płynność językowa, bo klienci, nie dość, że się dzwoni w sprawie niezapłaconych faktur, co samo w sobie jest nieprzyjemnym tematem, to jak się do tego nie mówi płynnie po polsku…

Ostatni dzień to także okazja powiedzieć w HR prawdę na temat pracy w moim dziale, przy wypełnianiu ankiety nie zapomniałam wspomnieć o wszystkich oficjalnych spotkaniach prowadzonych po rumuńsku, czy innych niedogodnościach, których doświadczyłam. Obiektywnie, ale nie przesadzałam zbytnio z narzekaniem.
Ostatni dzień to także pożegnalne prezenty :)(jeden już dostałam wcześniej na imprezie przedpożegnalnej od Andy- śliczną bransoletkę), do tego ładna tunika-sweter i kubek ze zdjęciem całego mojego teamy (bez Amelii i Roberta).
Ostatni dzień to także radość, że jest to już ostatni dzień, że za chwilę będę w Polsce, a potem w Barcelonie, jednym z moich ulubionych miast.
Po pracy, żeby zakończyć moją przygodę z Rumunią, wybrałam się z Iloną i Marcinem do La Mamy, żeby po raz ostatni zjeść sarmale (miałam zjeść papanasi, ale nie dałam rady). Zamówiłyśmy dzbanek wina, żeby uczcić mój wyjazd z Rumunii (Ilonie zostały jeszcze dłuuugie miesiące, ale skoro Marcin dostał pracę w Oracle i zostaje, będzie jej łatwiej). Zmęczona weekendem spędzonym na pakowaniu, emocjami, po kilku kieliszkach wina, opowiadając o czymś, gestykulując, żeby podkreślić wagę mojego przemówienia, strąciłam kieliszek. Resztka wina rozlała się na stolik i podłogę, kropelki wina wylądowały na spodniach siedzącego przy sąsiednim stoliku Włocha. Przeprosiłam z miłym uśmiechem, ale nie wywarło o wrażenia na Włochu, który potem przez pół godziny przeżywał, że ma plamkę na spodniach. Byłam tak zestresowana, że nie dopiłam już wina :) Ale przynajmniej ciekawie pożegnałam Rumunię. A o tym jak Rumunia pożegnała mnie, w następnym poście.
Finally the last day of work, which meant two days more in Romania, as I was working till the last day and didn’t want to stay any day longer that it was necessary.
On the last day I was basically pretending to do something, I was cleaning my computer, deleting all unwanted files, describing all unfinished things that must to be followed up by somebody who will be covering up for me. I also had an interview to check the level of Polish of a potential candidate (I discovered afterwards that she was actually chosen for the position, as Anda keeps me updated with all the gossips from Oracle). Apparently Ramona preferred not to take another risk and hire a native who stays in Romania only for a certain period of time but a Romanian for whom working in Oracle is almost as if the biggest dream has come true. Apparently the girl had spent some time in Poland, but never actually worked with Polish language (and she studied history, and I have this prejudice that people who study this course are bit nerds), she understood all I was telling, but her spoken language was, let’s put it that way, far from being perfect. I gave her 6 on the scale of 10, but it was enough for Ramona, as there is always Google translator. She didn’t even bother to have an interview with Marcin, but after all, it was all for the better, as he got a job in another department, contract’s renewal, where Kate and Marketa are working, and not in credit& collections, which is probably one of the worst departments where one can work. However, personally I believe that it is also the department where being a native can come i handy, as language fluency let you feel less intimidated while calling customer regarding something as unpleasant as unpaid invoices. , How great that it no longer involves me doing that.
The last day was also an unique opportunity to tell the truth about my department when completing exit interview for the HR. I didn’t forget to mention all those inconvenient moments related to me not speaking Romanian. I was objective and not I didn’t even complain too much.
The last day was also getting farewell gifts (I already had been given a beautiful bracelet by Anda on my pregoodbye party), on the day I was leaving Oracle, I got a cup with the photo of my whole team (Amelia and Robert were missing on it, not that it matters that much, but showes that we didn’t even had a one photo taken in six months of all 8 of us), and then a pretty sweater- tunic.
The last day was also about being happy that it was my last day and that in 24 hours I would be at home, and then off to Barcelona, for my next adventure.
After saying goodbye to all in Oracle, I went out with Ilona and Marcin to La Mama, to have my last dinner with Romanian food, sarmale (I didn’t manage to squeeze a papanasi for a desert, what a shame). We ordered a jug of home wine to celebrate me leaving Romania (Ilona has still long months ahead of her but now with Marcin working in Oracle is should be easier for her). I was tired after a weekend of cleaning and packing, all those emotions and stress, not to mention those few glasses of wine, then when I was telling some story and gesturing a lot, I spilt my glass of wine over the table, over the floor and few drops landed on pants of an Italian guy sitting next to our table. I apologized to him, smiling, saying how sorry I was, etc, but his face remained furious, and he kept complaining to his friend for 30 minutes about a tiny dot he now had on his trousers. I was so stressed out that it couldn’t even finish the wine. At least I had unusual way to say goodbye to Romania. And about how did Romania say goodbye to me... wait for another post...

Ostatni dzień to także okazja powiedzieć w HR prawdę na temat pracy w moim dziale, przy wypełnianiu ankiety nie zapomniałam wspomnieć o wszystkich oficjalnych spotkaniach prowadzonych po rumuńsku, czy innych niedogodnościach, których doświadczyłam. Obiektywnie, ale nie przesadzałam zbytnio z narzekaniem.
Ostatni dzień to także pożegnalne prezenty :)(jeden już dostałam wcześniej na imprezie przedpożegnalnej od Andy- śliczną bransoletkę), do tego ładna tunika-sweter i kubek ze zdjęciem całego mojego teamy (bez Amelii i Roberta).
Ostatni dzień to także radość, że jest to już ostatni dzień, że za chwilę będę w Polsce, a potem w Barcelonie, jednym z moich ulubionych miast.
Po pracy, żeby zakończyć moją przygodę z Rumunią, wybrałam się z Iloną i Marcinem do La Mamy, żeby po raz ostatni zjeść sarmale (miałam zjeść papanasi, ale nie dałam rady). Zamówiłyśmy dzbanek wina, żeby uczcić mój wyjazd z Rumunii (Ilonie zostały jeszcze dłuuugie miesiące, ale skoro Marcin dostał pracę w Oracle i zostaje, będzie jej łatwiej). Zmęczona weekendem spędzonym na pakowaniu, emocjami, po kilku kieliszkach wina, opowiadając o czymś, gestykulując, żeby podkreślić wagę mojego przemówienia, strąciłam kieliszek. Resztka wina rozlała się na stolik i podłogę, kropelki wina wylądowały na spodniach siedzącego przy sąsiednim stoliku Włocha. Przeprosiłam z miłym uśmiechem, ale nie wywarło o wrażenia na Włochu, który potem przez pół godziny przeżywał, że ma plamkę na spodniach. Byłam tak zestresowana, że nie dopiłam już wina :) Ale przynajmniej ciekawie pożegnałam Rumunię. A o tym jak Rumunia pożegnała mnie, w następnym poście.
Finally the last day of work, which meant two days more in Romania, as I was working till the last day and didn’t want to stay any day longer that it was necessary.
On the last day I was basically pretending to do something, I was cleaning my computer, deleting all unwanted files, describing all unfinished things that must to be followed up by somebody who will be covering up for me. I also had an interview to check the level of Polish of a potential candidate (I discovered afterwards that she was actually chosen for the position, as Anda keeps me updated with all the gossips from Oracle). Apparently Ramona preferred not to take another risk and hire a native who stays in Romania only for a certain period of time but a Romanian for whom working in Oracle is almost as if the biggest dream has come true. Apparently the girl had spent some time in Poland, but never actually worked with Polish language (and she studied history, and I have this prejudice that people who study this course are bit nerds), she understood all I was telling, but her spoken language was, let’s put it that way, far from being perfect. I gave her 6 on the scale of 10, but it was enough for Ramona, as there is always Google translator. She didn’t even bother to have an interview with Marcin, but after all, it was all for the better, as he got a job in another department, contract’s renewal, where Kate and Marketa are working, and not in credit& collections, which is probably one of the worst departments where one can work. However, personally I believe that it is also the department where being a native can come i handy, as language fluency let you feel less intimidated while calling customer regarding something as unpleasant as unpaid invoices. , How great that it no longer involves me doing that.
The last day was also an unique opportunity to tell the truth about my department when completing exit interview for the HR. I didn’t forget to mention all those inconvenient moments related to me not speaking Romanian. I was objective and not I didn’t even complain too much.
The last day was also getting farewell gifts (I already had been given a beautiful bracelet by Anda on my pregoodbye party), on the day I was leaving Oracle, I got a cup with the photo of my whole team (Amelia and Robert were missing on it, not that it matters that much, but showes that we didn’t even had a one photo taken in six months of all 8 of us), and then a pretty sweater- tunic.
The last day was also about being happy that it was my last day and that in 24 hours I would be at home, and then off to Barcelona, for my next adventure.
After saying goodbye to all in Oracle, I went out with Ilona and Marcin to La Mama, to have my last dinner with Romanian food, sarmale (I didn’t manage to squeeze a papanasi for a desert, what a shame). We ordered a jug of home wine to celebrate me leaving Romania (Ilona has still long months ahead of her but now with Marcin working in Oracle is should be easier for her). I was tired after a weekend of cleaning and packing, all those emotions and stress, not to mention those few glasses of wine, then when I was telling some story and gesturing a lot, I spilt my glass of wine over the table, over the floor and few drops landed on pants of an Italian guy sitting next to our table. I apologized to him, smiling, saying how sorry I was, etc, but his face remained furious, and he kept complaining to his friend for 30 minutes about a tiny dot he now had on his trousers. I was so stressed out that it couldn’t even finish the wine. At least I had unusual way to say goodbye to Romania. And about how did Romania say goodbye to me... wait for another post...
Sunday, October 3, 2010
Mecz, polski sędzia i kiełbasa/ Game, Polish referee and sausage
W zeszłym tygodniu miał miejsce mecz między Steauą Bukaresz a SSC Napoli, na którym sędziował Polak. W wyniku przedłużenia czasu gry o osiem minut, piłkarze z Neapolu zremisowali.
Rumuńscy kibice i piłkarze bardzo się zdenerwowali, rzucali z trybun różne przedmioty, a później część z nich poszła pod mieszkanie właściciela klubu z Bukareszty, Gigi Becali, który mieszka bardzo blisko polskiej ambasady. Kibice wyładowali złość na budynku ambasady, który „zbombardowali” kiełbasami.
Więcej na stronie TVN24.
Last week there was a match between Steaua Bucharest- SSC Napoli, where Polish referee, by extending the match by eight minutes, gave the players from Napoli the time to equalize.
Romanian fans got very angry, the referee was bombarded with various objects throw from the stadium, and later on, some of the gathered on the footsteps of the house owned by the Steaua club owner, Gigi Becali, which is very close to the Polish embassy. The Steaua fans took it out on the embassy building, by “bombarding” it with sausages.
More on Bucharest Herald.
Rumuńscy kibice i piłkarze bardzo się zdenerwowali, rzucali z trybun różne przedmioty, a później część z nich poszła pod mieszkanie właściciela klubu z Bukareszty, Gigi Becali, który mieszka bardzo blisko polskiej ambasady. Kibice wyładowali złość na budynku ambasady, który „zbombardowali” kiełbasami.
Więcej na stronie TVN24.
Last week there was a match between Steaua Bucharest- SSC Napoli, where Polish referee, by extending the match by eight minutes, gave the players from Napoli the time to equalize.
Romanian fans got very angry, the referee was bombarded with various objects throw from the stadium, and later on, some of the gathered on the footsteps of the house owned by the Steaua club owner, Gigi Becali, which is very close to the Polish embassy. The Steaua fans took it out on the embassy building, by “bombarding” it with sausages.
More on Bucharest Herald.
Friday, October 1, 2010
Poczta, paczka, problemy/ Post Office, package, problems
Tak jak pisałam, wysłanie paczki w Rumunii nie jest sprawą tak prostą, jak się może się wydawać. Po pierwsze nie da się na poczcie kupić paczki, ale tak jak pisałam, zabrałam jedną z Oracle. Nie da się także kupić nigdzie papieru pakownego, a na poczcie nie mają taśmy klejącej. Ale po kolei.
Dzień przed planowanym wysłaniem paczki, wyszukałam w Internecie stronę poczty rumuńskiej, żeby sprawdzić, do jakiego oddziału najwygodniej by mi było (i Andzie, która była moim prywatnym tłumaczem, a jak się później okazało także tragarzem). Umówiłyśmy się przed pracą na pl. Victoriei, bo tam miał się mieścić jeden z oddziałów poczty. Miał być, ale jakoby go nie było, bo pod wskazanym adresem był co najwyżej niewidzialny budynek poczty, nikt z przechodniów czy policji miejskiej nie widział poczty. Nic, musiałyśmy się wrócić jeden przystanek metrem na pl. Romana, gdzie jest całkiem duży oddział poczty. Doszłyśmy tam z trudem, taszcząc ponad 9 kilową paczkę. Zobaczyłyśmy cennik wysyłek zagranicznych, więc odetchnęłyśmy z ulgą, że wszystko przebiega bezproblemowo prawie. Nasza radość była jednak przedwczesna. Okazało się, że z tej poczty paczki za granicę nie są wysyłane (to po jakie licho mają cennik na ścianie?!). Pani odesłała nas na inną pocztę, oddaloną z 15-20 minut, dystans taki jest wyzwaniem, jak się niesie paczkę, a nic tam nie dojeżdża. W końcu, z wielkim trudem, dotarłyśmy pod wskazany adres (po uprzednim zapytaniu przypadkowej pani, gdzie dokładnie mieści się ta poczta, bo wyjaśnienie pracownicy poczty okazało się zbyt ogólne). Budynek, jak i pracownicy, wyglądał jakby żywcem wyjęty z epoki komunizmu (w środku 10 osób, z czego tylko 3 pracowały, nikt oczywiście w żadnym języku oprócz rumuńskiego nie rozmawiał, bo i po co, wszak to tylko dział wysyłanie paczek za granicę). Po wypełnieniu formularza, wyjęciu paczki, której po takim długim spacerze przydałaby się większa dawka taśmy klejącej, ale której nie posiadano na poczcie (nota bene nie posiadano również nowych kartonów, więc do dzisiaj nie wiem, gdzie można by kupić paczkę), zdziwieniu pani, że czemu niby podaję adres odbiorcy w Hiszpanii, a nadawcy w Polsce (przecież powinien być rumuński), po moim krótkim zdenerwowaniu, udało nam się wysłać paczkę. (na marginesie: bałam się, ze nie dojdzie, bo ostatnio wszystko układało mi się nieszczęśliwie, ale paczka doszła cała- bo w Hiszpanii podkleili ją).
Ale cały czas pozostaje dla mnie tajemnicą, czemu w stolicy kraju, należącego przecież do Unii, niektóre rzeczy są takie nielogiczne. U nas nawet w najmniejszej poczcie można wysłać wszystko i wszędzie. A mięśnie ramion czułyśmy z Andą potem przez kilka dni (Anda, jestem ci dozgonnie wdzięczna, bo bez ciebie nie poradziłabym sobie, przedzieranie się przez struktury urzędów państwowych, bez znajomości rumuńskiego, jest wyczynem, któremu bym nie sprostała).
(Na zdjęciu paczka po przebyciu drogi Rumunia-Hiszpania)

As I mentioned in the previous post, sending a package abroad from Romania is not such an easy process.
First, it is a mystery where to buy some box to put the things you want to send. As at the post office, nor in the bookstores/ markets/ any other type of shop, you can buy it. Fortunately I got mine from Oracle (“borrowing” it with no intention of returning it).
I also wanted to wrap the box with wrapping paper, but it is also nowhere to be found, and of course at the post office they don’t have Scotch tape neither. But I better tell the whole story from the beginning.
Day before sending a package, I searched on the Internet, on the official page of Posta Romana, where is the best located branch so that I can meet with Anda and go together (Anda was my personal translator, and as is it turned out also a package carrier). We decided to meet on Piata Victoriei, cause it was close to the metro and afterwards to Oracle. There was supposed to be a post office, but whatever was supposed to be, wasn’t there (well, if it was a ghost, invisible one), we asked some people as well as policemen, and nobody had heard about that particular post office. We had no choice but to take the metro to Romana and go to the post office there. We reached it with some difficulty, dragging my package, that was over 8 kg heavy. We saw a list with prices for sending the packages abroad, so we breathed with relief that we would send it without any more problems. Well, we should remember the saying: Don't praise the day before sunset, as it turned out that from this post office they don’t sent packages to other countries (so why the hell do they had the pricelist on the wall?!). The post office lady sent us to another office, that was 15-20 minutes away, and believe me, going there with very uncomfortable package was a challenge, since there were no metro nor buses going there. Finally we did arrive to the indicated post office (after asking a passer-by cause the explanations we were given were too imprecise). The building and the staff looked as if it stopped in the communism time, there were 10 people, of which only 3 were actually doing something. Of course nobody spoke English, and why should they, it was just one of 3 post offices in Bucharest from which you could send a package abroad. After filling in the form (in Romanian and French only), putting the package on the scale (by the way, the package after such a walk needed more tape, cause it was falling apart on some sides, but of course they didn’t have a tape, not to mention a new box that I could use), they got confused that I put recipient’s address in Spain, and sender’s in Poland (it was illogical to them, as it should be Romanian one, but I just didn’t want my package to get back to Romania in any case), but eventually I had my package sent. (I was very afraid that taking into consideration my bad luck in the past weeks the package wouldn’t reach the destination, but fortunately it arrived, and was taped by the Spanish post office so it also did arrive in one piece.).
Anyway, it still surprises me how some basic things are done in such illogical way in a capital of a country that belongs to UE. In Poland, even from the smallest post office you can send whatever you want to wherever you want. And here, sending a package is so difficult and painful- we felt our arm muscles (not existing ones) with Anda for days. (Anda, I am so grateful to you for helping me, cause without you it would had been a nightmare, especialli communicating with those unpleasant ladies with my poor Romanian)
(Photo shows how the package looked like after arriving from Romania to Spain).
Dzień przed planowanym wysłaniem paczki, wyszukałam w Internecie stronę poczty rumuńskiej, żeby sprawdzić, do jakiego oddziału najwygodniej by mi było (i Andzie, która była moim prywatnym tłumaczem, a jak się później okazało także tragarzem). Umówiłyśmy się przed pracą na pl. Victoriei, bo tam miał się mieścić jeden z oddziałów poczty. Miał być, ale jakoby go nie było, bo pod wskazanym adresem był co najwyżej niewidzialny budynek poczty, nikt z przechodniów czy policji miejskiej nie widział poczty. Nic, musiałyśmy się wrócić jeden przystanek metrem na pl. Romana, gdzie jest całkiem duży oddział poczty. Doszłyśmy tam z trudem, taszcząc ponad 9 kilową paczkę. Zobaczyłyśmy cennik wysyłek zagranicznych, więc odetchnęłyśmy z ulgą, że wszystko przebiega bezproblemowo prawie. Nasza radość była jednak przedwczesna. Okazało się, że z tej poczty paczki za granicę nie są wysyłane (to po jakie licho mają cennik na ścianie?!). Pani odesłała nas na inną pocztę, oddaloną z 15-20 minut, dystans taki jest wyzwaniem, jak się niesie paczkę, a nic tam nie dojeżdża. W końcu, z wielkim trudem, dotarłyśmy pod wskazany adres (po uprzednim zapytaniu przypadkowej pani, gdzie dokładnie mieści się ta poczta, bo wyjaśnienie pracownicy poczty okazało się zbyt ogólne). Budynek, jak i pracownicy, wyglądał jakby żywcem wyjęty z epoki komunizmu (w środku 10 osób, z czego tylko 3 pracowały, nikt oczywiście w żadnym języku oprócz rumuńskiego nie rozmawiał, bo i po co, wszak to tylko dział wysyłanie paczek za granicę). Po wypełnieniu formularza, wyjęciu paczki, której po takim długim spacerze przydałaby się większa dawka taśmy klejącej, ale której nie posiadano na poczcie (nota bene nie posiadano również nowych kartonów, więc do dzisiaj nie wiem, gdzie można by kupić paczkę), zdziwieniu pani, że czemu niby podaję adres odbiorcy w Hiszpanii, a nadawcy w Polsce (przecież powinien być rumuński), po moim krótkim zdenerwowaniu, udało nam się wysłać paczkę. (na marginesie: bałam się, ze nie dojdzie, bo ostatnio wszystko układało mi się nieszczęśliwie, ale paczka doszła cała- bo w Hiszpanii podkleili ją).
Ale cały czas pozostaje dla mnie tajemnicą, czemu w stolicy kraju, należącego przecież do Unii, niektóre rzeczy są takie nielogiczne. U nas nawet w najmniejszej poczcie można wysłać wszystko i wszędzie. A mięśnie ramion czułyśmy z Andą potem przez kilka dni (Anda, jestem ci dozgonnie wdzięczna, bo bez ciebie nie poradziłabym sobie, przedzieranie się przez struktury urzędów państwowych, bez znajomości rumuńskiego, jest wyczynem, któremu bym nie sprostała).
(Na zdjęciu paczka po przebyciu drogi Rumunia-Hiszpania)
As I mentioned in the previous post, sending a package abroad from Romania is not such an easy process.
First, it is a mystery where to buy some box to put the things you want to send. As at the post office, nor in the bookstores/ markets/ any other type of shop, you can buy it. Fortunately I got mine from Oracle (“borrowing” it with no intention of returning it).
I also wanted to wrap the box with wrapping paper, but it is also nowhere to be found, and of course at the post office they don’t have Scotch tape neither. But I better tell the whole story from the beginning.
Day before sending a package, I searched on the Internet, on the official page of Posta Romana, where is the best located branch so that I can meet with Anda and go together (Anda was my personal translator, and as is it turned out also a package carrier). We decided to meet on Piata Victoriei, cause it was close to the metro and afterwards to Oracle. There was supposed to be a post office, but whatever was supposed to be, wasn’t there (well, if it was a ghost, invisible one), we asked some people as well as policemen, and nobody had heard about that particular post office. We had no choice but to take the metro to Romana and go to the post office there. We reached it with some difficulty, dragging my package, that was over 8 kg heavy. We saw a list with prices for sending the packages abroad, so we breathed with relief that we would send it without any more problems. Well, we should remember the saying: Don't praise the day before sunset, as it turned out that from this post office they don’t sent packages to other countries (so why the hell do they had the pricelist on the wall?!). The post office lady sent us to another office, that was 15-20 minutes away, and believe me, going there with very uncomfortable package was a challenge, since there were no metro nor buses going there. Finally we did arrive to the indicated post office (after asking a passer-by cause the explanations we were given were too imprecise). The building and the staff looked as if it stopped in the communism time, there were 10 people, of which only 3 were actually doing something. Of course nobody spoke English, and why should they, it was just one of 3 post offices in Bucharest from which you could send a package abroad. After filling in the form (in Romanian and French only), putting the package on the scale (by the way, the package after such a walk needed more tape, cause it was falling apart on some sides, but of course they didn’t have a tape, not to mention a new box that I could use), they got confused that I put recipient’s address in Spain, and sender’s in Poland (it was illogical to them, as it should be Romanian one, but I just didn’t want my package to get back to Romania in any case), but eventually I had my package sent. (I was very afraid that taking into consideration my bad luck in the past weeks the package wouldn’t reach the destination, but fortunately it arrived, and was taped by the Spanish post office so it also did arrive in one piece.).
Anyway, it still surprises me how some basic things are done in such illogical way in a capital of a country that belongs to UE. In Poland, even from the smallest post office you can send whatever you want to wherever you want. And here, sending a package is so difficult and painful- we felt our arm muscles (not existing ones) with Anda for days. (Anda, I am so grateful to you for helping me, cause without you it would had been a nightmare, especialli communicating with those unpleasant ladies with my poor Romanian)
(Photo shows how the package looked like after arriving from Romania to Spain).
Thursday, September 30, 2010
Paulina też odchodzi z Oracle/ Paulina also quit Oracle
Dzisiaj było pożegnalne piwo z okazji pożegnania się Pauliny z Oracle, gdzie pracowała od maja 2009. Spotkanie kameralne- Marketa, Raluca, Anda, ja, no i Paulina. W środę było oficjalne pożegnanie się w jej dziale, z ciasteczkami (oczywiście z Andą, jako że jesteśmy ciastko żerne, również się przyszłyśmy pożegnać) i prezentami- od kolegów z działu dostała zestaw do zaparzania herbaty, a od nas książkę kucharską, bo wiemy, że uwielbia eksperymentować kulinarnie.
Ja na piwko zabrałam mojego nowego kradzionego przyjaciela- karton. Długa historia. Musiałam wysłać paczkę do Hiszpanii, a w Rumunii, jak się okazuje, kupienie kartony, żeby paczkę wysłać nie jest zadaniem prostym. Nikt nie wiedział, gdzie mogę karton kupić, bo logiczne miejsce- poczta- nie ma takowych artykułów do sprzedaży. Wczoraj zobaczyłam koło drukarki karton po papierze w idealnym rozmiarze, więc zdecydowałam, że go zabiorę do domu. Niestety padało, dlatego też wzięłam go na piwo. Paulina miała kilka dni wolnych przed rozpoczęciem nowej pracy (w zawodzie już, jako geodeta), powiedziała, że zobaczy czy uda jej się kupić taki papier do pakowania paczek. Nie udało się, bo nigdzie nie mieli. Nic, o przygodzie na poczcie opowiem jutro.
A poniżej zdjęcia z bardzo miłego wieczoru, z bardzo miłego powodu. Wszyscy jakoś narzekają na pracę w tej międzynarodowej korporacji, więc jak już ktoś odchodzi, to wszyscy zazdroszczą i świętują.



Today we went for a “ farewell beer” with Paulina, as she just quit Oracle, where she worked from May 2009. It was rather small reunion- Marketa, Raluca, Anda, me, and course Paulina. On Wednesday, there was the official goodbye party in her department, with cookies (of course, me and Anda couldn’t miss this opportunity to eat sweets, as we are cookie monsters), and gifts-from colleagues from her department she got a tea set and a cookbook from us, because we know she loves experimenting in the kitchen.
For a beer, I took my new paper, stolen friend- a box. Long story short: I had to send a package to Spain, and it turns out that in Romania buying a carton box to sent a package isn’t an easy task. Nobody knew where I could possibly buy such a box, because in the logical place, that is post office, they don’t have anything like that. So when yesterday I saw a box, next to the printer, in a size just perfect for me, I didn’t hesitate, I decided to take it home. Unfortunately, as it was raining, I only took it today, when I happened to go for a beer after work. As Paulina had few days off before she started her new job (this time she was working in her field) she said she would see if she manage to buy me some wrapping paper. She didn’t, as apparently they didn’t sell it anywhere in Bucharest. Anyway, about my adventures at the post office, I will wrote a separate post.
And below some pictures of a very enjoyable evening, celebration a good decision to leave Oracle . Somehow, all the people I know there, complain about working in this multinational corporation, so as I there is someone who quits, they all envy him/her and celebrate.


Ja na piwko zabrałam mojego nowego kradzionego przyjaciela- karton. Długa historia. Musiałam wysłać paczkę do Hiszpanii, a w Rumunii, jak się okazuje, kupienie kartony, żeby paczkę wysłać nie jest zadaniem prostym. Nikt nie wiedział, gdzie mogę karton kupić, bo logiczne miejsce- poczta- nie ma takowych artykułów do sprzedaży. Wczoraj zobaczyłam koło drukarki karton po papierze w idealnym rozmiarze, więc zdecydowałam, że go zabiorę do domu. Niestety padało, dlatego też wzięłam go na piwo. Paulina miała kilka dni wolnych przed rozpoczęciem nowej pracy (w zawodzie już, jako geodeta), powiedziała, że zobaczy czy uda jej się kupić taki papier do pakowania paczek. Nie udało się, bo nigdzie nie mieli. Nic, o przygodzie na poczcie opowiem jutro.
A poniżej zdjęcia z bardzo miłego wieczoru, z bardzo miłego powodu. Wszyscy jakoś narzekają na pracę w tej międzynarodowej korporacji, więc jak już ktoś odchodzi, to wszyscy zazdroszczą i świętują.
Today we went for a “ farewell beer” with Paulina, as she just quit Oracle, where she worked from May 2009. It was rather small reunion- Marketa, Raluca, Anda, me, and course Paulina. On Wednesday, there was the official goodbye party in her department, with cookies (of course, me and Anda couldn’t miss this opportunity to eat sweets, as we are cookie monsters), and gifts-from colleagues from her department she got a tea set and a cookbook from us, because we know she loves experimenting in the kitchen.
For a beer, I took my new paper, stolen friend- a box. Long story short: I had to send a package to Spain, and it turns out that in Romania buying a carton box to sent a package isn’t an easy task. Nobody knew where I could possibly buy such a box, because in the logical place, that is post office, they don’t have anything like that. So when yesterday I saw a box, next to the printer, in a size just perfect for me, I didn’t hesitate, I decided to take it home. Unfortunately, as it was raining, I only took it today, when I happened to go for a beer after work. As Paulina had few days off before she started her new job (this time she was working in her field) she said she would see if she manage to buy me some wrapping paper. She didn’t, as apparently they didn’t sell it anywhere in Bucharest. Anyway, about my adventures at the post office, I will wrote a separate post.
And below some pictures of a very enjoyable evening, celebration a good decision to leave Oracle . Somehow, all the people I know there, complain about working in this multinational corporation, so as I there is someone who quits, they all envy him/her and celebrate.
Wednesday, September 29, 2010
Jak poznałam moich sąsiadów z dołu/ How I met my neigbors from downstairs
Chciałabym móc napisać
, że poznałam ich w windzie, albo w innej typowo "sąsiedzkiej" sytuacji.
Niestety, w moim przypadku przyczyną poznania moich miłych (ironia) sąsiadów spod 112 była woda i łazienka. Albo połączenie tych dwóch elementów.
Ale od początku. Po pracy zmęczona włączyłam sobie Travel & living, leciało chyba Miami Ink.
Nic, relaks został przerwany przez dzwonek do drzwi. Nie znam rumuńskiego, więc zazwyczaj nie otwieram drzwi. Ale ktoś się nie poddawał, dzwonił z 5 razy, po czym zszedł na dół i dzwonił domofonem, który ma chyba najbardziej irytujący dźwięk, którego już nie mogłam zignorować.
Sąsiadka, na szczęście jakoś się po angielsku umiała porozumieć, zaczęła mi tłumaczyć, że jej sufit w łazience przecieka, że to z mojej łazienki i że ma ten problem już od miesiąca. Od miesiąca? i dopiero teraz przyszła? oczywiście łazienkę odremontowała cztery miesiące temu. Podobno.
Zdenerwowana była, ja się też zestresowałam, bo na dodatek z dzieciakiem przyszła. Nie wiem po co, ale powtarzała, że to jest nie do zaakceptowania, że jej leci, jej śmierdzi, etc (dlatego myślę, że miesiąc to ściema jakaś była).
No i nie byłaby Rumunką, gdyby nie wspomniała o pieniądzach, bo przecież ktoś musi za to zapłacić.
I w ogóle sposób jej mówienia wskazywał, że mnie oskarża o to zalanie. A przecież to się może każdemu zdarzyć, rura jakaś przecieka, ale to niezależne ode mnie przecież.
Powiedziałam, że zadzwonię do mojego landlorda i on się tym zajmie. Ale Cosmin, jak to Cosmin, ze swoim lekkim podejściem do spraw nawet nie chciał do niej zadzwonić. Myślałam, że jak na jeden dzień wystarczy. Po dwóch godzinach jednak okazało się, że nie, nie wystarczy. Dzwonek do drzwi, tym razem sąsiadka przyszła w obstawie męża. Mąż, typowy Rumun- brzuch piwny, okrągła twarz, biały podkoszulek. Myślę, że możecie sobie wyobrazić ten widok.
Zaczęli coś tam krzyczeć łamanym angielskim, pokazując na wypasionym aparacie zdjęcia ich sufitu. Wiadomo, plamę mieli, tego nie wymyślili, ale nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy i mnie oskarża o coś, na co nie mam wpływu. Cosmin poinformowany, zrobiłam to co do mnie
należało.
Cosmin przyszedł następnego dnia, coś tam podłubał, powiedział, że mam ostrożnie brać prysznic (co to niby miało znaczyć) i że jak nadal będzie ciekło do sąsiadów to załatwi hydraulika. Ja za to prysznic ranny brałam u Ilony, w drodze do pracy.
Przez następne dni ( bo nie wiedziałam, czy to, co przeciekało zostało już naprawione) brałam prysznic z bijącym sercem i nadzieją, żeby nikt nie zadzwonił do drzwi, kąpałam się późną albo wczesną porą, żeby uniknąć konfrontacji, bo nikt normalny nie powinien przychodzić po północy.
A dzisiaj dostałam wiadomość na facebooku od Cosmina, że wpadnie do mieszkania, tym razem z hydraulikiem. Czyli, że problem nie został ostatnio rozwiązany i pewnie sąsiedzi do niego dzwonili, bo sam z siebie by nie zawołał fachowca. Mógł mi tylko wcześniej coś powiedzieć, bo w mieszkaniu istny sajgon, bo robiłam wczoraj wstępne pakowanie, a naczyń z trzy dni nie myłam, bo planowałam to zrobić dziś.
Nic, zostało mi mało dni, więc się tym przejmować nie będę.
I wish I could write that I met my neighbours in the elevator, or other typical neighbour-type situations. Unfortunately, in my case I got to know my nice (irony) neighbours from apartment 112 because my bathroom and water. Or rather combination of those two elements.
But starting from the beginning. It all happened on Wednesday, when, tired after work, I was watching something (I guess Miami Ink) on Travel& Living. Then suddenly, my relax got interrupted by the doorbell. As I don’t speak Romanian and I wasn’t expecting anybody, I just didn’t open the door. But they just wouldn’t give up, ringing the doorbell 5 or 6 times, then went downstairs and rang the intercom, which has probably the most annoying sound, so it was impossible to ignore it so I had to open.
A neighbour, fortunately spoke basic English, began to explain me that her ceiling in the bathroom was leaking. She said it was leaking from my bathroom, that it started a month ago. A month ago? And she only came now??? She said she had her bathroom renovated four month ago. Yeah, for sure.
She was nervous upset, she even came with her 6-7 years old kid. No idea why she brought him, maybe to make situation more serious? As she kept repeating that it is unacceptable that her kid had to live in such conditions (that means with water dropping from the ceiling). She said “In June I had no this problem, now I have, it smells bad, it is your fault, somebody has o pay for that”. Well, she would not be Romanian, if she hadn’t mention the money. In general, her way of talking indicated she was blaming me for the leak. It could happen to anybody, pipes are old, I had nothing to do with that, I was just unlucky.
I said I would call my landlord and he would take care of. But Cosmin as Cosmin, with his easygoing attitude towards everything, didn’t even bother to call her and calm her down.
I thought that it was enough for one day. After two hours, there was a second part with unpleasant meeting with neighbours. This time, for a change, she came with her husband. Door bell, this time a neighbour came to guard her husband. Her husband, with beer belly, round red face, white undershirt. You get the picture.
They began shouting something in poor English, showing the photo of their ceiling on a very expensive camera. Of course, here was a big water stain on the ceiling, I didn’t deny, but I just hated when somebody is shouting at me for doing something that was beyond my control. I
informed Cosmin, and couldn’t do anything more.
Cosmin came the following day, apparently fixed something, but said that I had to be careful when taking a shower (whatever it supposed to mean) and that if the leaking contined, he would call a plumber. Anyway, before he came, I had to go to Ilona’s place to take a shower before going to work.
Over the next few days (because I didn’t know if he had in fact repaired sth and it wasn’t leaking any more) I was taking shower with my heart beating hard, hoping that nobody would knocked on the door, that is why I was always or very late or very early, so no normal person would bother me.
And today I got a message on Facebook from Cosmin (after a week from when neighbours came) he would stop by at the flat, this tome with a plumber. So that meant that the problem hadn’t been resolved last time and that neighbours probably called him, cause he wouldn’t call the plumber on his own initiative. Anyway, he could at least informed be earlier, cause the flat is a huge mess, as yesterday I started packing, and haven’t washed the dishes for 3 days.
But since I am staying only few days more, I will not worry about that.
, że poznałam ich w windzie, albo w innej typowo "sąsiedzkiej" sytuacji.Niestety, w moim przypadku przyczyną poznania moich miłych (ironia) sąsiadów spod 112 była woda i łazienka. Albo połączenie tych dwóch elementów.
Ale od początku. Po pracy zmęczona włączyłam sobie Travel & living, leciało chyba Miami Ink.
Nic, relaks został przerwany przez dzwonek do drzwi. Nie znam rumuńskiego, więc zazwyczaj nie otwieram drzwi. Ale ktoś się nie poddawał, dzwonił z 5 razy, po czym zszedł na dół i dzwonił domofonem, który ma chyba najbardziej irytujący dźwięk, którego już nie mogłam zignorować.
Sąsiadka, na szczęście jakoś się po angielsku umiała porozumieć, zaczęła mi tłumaczyć, że jej sufit w łazience przecieka, że to z mojej łazienki i że ma ten problem już od miesiąca. Od miesiąca? i dopiero teraz przyszła? oczywiście łazienkę odremontowała cztery miesiące temu. Podobno.
Zdenerwowana była, ja się też zestresowałam, bo na dodatek z dzieciakiem przyszła. Nie wiem po co, ale powtarzała, że to jest nie do zaakceptowania, że jej leci, jej śmierdzi, etc (dlatego myślę, że miesiąc to ściema jakaś była).
No i nie byłaby Rumunką, gdyby nie wspomniała o pieniądzach, bo przecież ktoś musi za to zapłacić.
I w ogóle sposób jej mówienia wskazywał, że mnie oskarża o to zalanie. A przecież to się może każdemu zdarzyć, rura jakaś przecieka, ale to niezależne ode mnie przecież.
Powiedziałam, że zadzwonię do mojego landlorda i on się tym zajmie. Ale Cosmin, jak to Cosmin, ze swoim lekkim podejściem do spraw nawet nie chciał do niej zadzwonić. Myślałam, że jak na jeden dzień wystarczy. Po dwóch godzinach jednak okazało się, że nie, nie wystarczy. Dzwonek do drzwi, tym razem sąsiadka przyszła w obstawie męża. Mąż, typowy Rumun- brzuch piwny, okrągła twarz, biały podkoszulek. Myślę, że możecie sobie wyobrazić ten widok.
Zaczęli coś tam krzyczeć łamanym angielskim, pokazując na wypasionym aparacie zdjęcia ich sufitu. Wiadomo, plamę mieli, tego nie wymyślili, ale nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy i mnie oskarża o coś, na co nie mam wpływu. Cosmin poinformowany, zrobiłam to co do mnie
należało.Cosmin przyszedł następnego dnia, coś tam podłubał, powiedział, że mam ostrożnie brać prysznic (co to niby miało znaczyć) i że jak nadal będzie ciekło do sąsiadów to załatwi hydraulika. Ja za to prysznic ranny brałam u Ilony, w drodze do pracy.
Przez następne dni ( bo nie wiedziałam, czy to, co przeciekało zostało już naprawione) brałam prysznic z bijącym sercem i nadzieją, żeby nikt nie zadzwonił do drzwi, kąpałam się późną albo wczesną porą, żeby uniknąć konfrontacji, bo nikt normalny nie powinien przychodzić po północy.
A dzisiaj dostałam wiadomość na facebooku od Cosmina, że wpadnie do mieszkania, tym razem z hydraulikiem. Czyli, że problem nie został ostatnio rozwiązany i pewnie sąsiedzi do niego dzwonili, bo sam z siebie by nie zawołał fachowca. Mógł mi tylko wcześniej coś powiedzieć, bo w mieszkaniu istny sajgon, bo robiłam wczoraj wstępne pakowanie, a naczyń z trzy dni nie myłam, bo planowałam to zrobić dziś.
Nic, zostało mi mało dni, więc się tym przejmować nie będę.
I wish I could write that I met my neighbours in the elevator, or other typical neighbour-type situations. Unfortunately, in my case I got to know my nice (irony) neighbours from apartment 112 because my bathroom and water. Or rather combination of those two elements.
But starting from the beginning. It all happened on Wednesday, when, tired after work, I was watching something (I guess Miami Ink) on Travel& Living. Then suddenly, my relax got interrupted by the doorbell. As I don’t speak Romanian and I wasn’t expecting anybody, I just didn’t open the door. But they just wouldn’t give up, ringing the doorbell 5 or 6 times, then went downstairs and rang the intercom, which has probably the most annoying sound, so it was impossible to ignore it so I had to open.
A neighbour, fortunately spoke basic English, began to explain me that her ceiling in the bathroom was leaking. She said it was leaking from my bathroom, that it started a month ago. A month ago? And she only came now??? She said she had her bathroom renovated four month ago. Yeah, for sure. She was nervous upset, she even came with her 6-7 years old kid. No idea why she brought him, maybe to make situation more serious? As she kept repeating that it is unacceptable that her kid had to live in such conditions (that means with water dropping from the ceiling). She said “In June I had no this problem, now I have, it smells bad, it is your fault, somebody has o pay for that”. Well, she would not be Romanian, if she hadn’t mention the money. In general, her way of talking indicated she was blaming me for the leak. It could happen to anybody, pipes are old, I had nothing to do with that, I was just unlucky.
I said I would call my landlord and he would take care of. But Cosmin as Cosmin, with his easygoing attitude towards everything, didn’t even bother to call her and calm her down.
I thought that it was enough for one day. After two hours, there was a second part with unpleasant meeting with neighbours. This time, for a change, she came with her husband. Door bell, this time a neighbour came to guard her husband. Her husband, with beer belly, round red face, white undershirt. You get the picture.
They began shouting something in poor English, showing the photo of their ceiling on a very expensive camera. Of course, here was a big water stain on the ceiling, I didn’t deny, but I just hated when somebody is shouting at me for doing something that was beyond my control. I
informed Cosmin, and couldn’t do anything more. Cosmin came the following day, apparently fixed something, but said that I had to be careful when taking a shower (whatever it supposed to mean) and that if the leaking contined, he would call a plumber. Anyway, before he came, I had to go to Ilona’s place to take a shower before going to work.
Over the next few days (because I didn’t know if he had in fact repaired sth and it wasn’t leaking any more) I was taking shower with my heart beating hard, hoping that nobody would knocked on the door, that is why I was always or very late or very early, so no normal person would bother me.
And today I got a message on Facebook from Cosmin (after a week from when neighbours came) he would stop by at the flat, this tome with a plumber. So that meant that the problem hadn’t been resolved last time and that neighbours probably called him, cause he wouldn’t call the plumber on his own initiative. Anyway, he could at least informed be earlier, cause the flat is a huge mess, as yesterday I started packing, and haven’t washed the dishes for 3 days.
But since I am staying only few days more, I will not worry about that.
Sunday, September 26, 2010
Impreza przed-pożegnalna/ Pre-goodbye party
Nie chciałam zostawiać sobie na ostatni weekend sprzątania po-imprezowego, dlatego postanowiłam zrobić małe party w mój przedostatni weekend w Bukareszcie. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy wyjeżdżać tak wcześnie, więc nagromadziliśmy trochę alkoholu, na długie jesienne wieczory. Tak więc, żeby uniknąć stoczenia się na dno i samotnego picia, zaprosiłam kilka osób, którymi zdążyłam się zżyć podczas tych 8 miesięcy, które spędziłam w Rumunii. Była zatem Ilona z Tyckiem, Iva, Anda z Danem, Paulina z Alexem i Marketa. Romina była chora, Diego już miał coś innego w planach na ten dzień, a Kasia z chłopakiem byli poza miastem. Musiałam wykorzystać bony żywnościowe, więc postanowiłam zrobić dobre jedzenie- tarta słona ze szpinakiem, pomidorkami cherry i serem kozim jako przystawka, a na główne do wyboru albo makaron z owocami morza albo ryż z kurczakiem i warzywami. Do wypicia żubrówka, żołądkowej gorzkiej 2 butelki, rum, trochę ginu. Goście jednak nie z rodzaju tych, co to piją dużo, więc nie zdołali wypić wszystkiego, co mieli. Nic, butelkę wódki dostał mój właściciel mieszkania, Ilona pół butelki rumu i resztę likieru Beirao.
Potem część z nas poszła jeszcze na koncert jakiegoś rumuńskiego zespołu grającego covery.
Jednym słowem udana impreza z fajnymi ludźmi. I udany początek mojego ostatniego tygodnia w Rumunii.

I didn’t want spend last weekend in Bucharest cleaning a flat after a party, so I decided to throw a little pre-goodbye party on Saturday before last. As we hadn’t expected to leave Bucharest so early, we accumulated some bottles of alcohol for those long, cold autumn evenings to come. I didn’t want to turn into some lonely, pathetic person who drinks alone, I invited a few people with whom I’ve become close during 8 months I spend in Romania. Ilona with Tycek, Iva, Anda with Dan, Paulina with Alex and Marketa. Romina was sick, Diego had already other plans, Kate and her bf out of town.
I had to use my meal tickets, so I decided to make something good to eat as well: a salty tart with spinach, cherry tomatoes and goat cheese as a starter, and main dish to choose between pasta with seafood, or rice with chicken and vegetables. And to drink there was a bottle of żubrówka, 2 bottles of żołądkowa gorzka vodka, rum, a little gin. My guests apparently are nit heavy drinker type, as they didn’t manage to drink all of that, so I had to give away untouched bottle of vodka to my landlord, and half a bottle of run and some Portuguese liqueur Beirao to Ilona.
Then some of us went to a concert of a Romanian band playing covers.
In a word, it was a nice evening with great people, just a perfect way to start my last week in Romania.
Potem część z nas poszła jeszcze na koncert jakiegoś rumuńskiego zespołu grającego covery.
Jednym słowem udana impreza z fajnymi ludźmi. I udany początek mojego ostatniego tygodnia w Rumunii.

I didn’t want spend last weekend in Bucharest cleaning a flat after a party, so I decided to throw a little pre-goodbye party on Saturday before last. As we hadn’t expected to leave Bucharest so early, we accumulated some bottles of alcohol for those long, cold autumn evenings to come. I didn’t want to turn into some lonely, pathetic person who drinks alone, I invited a few people with whom I’ve become close during 8 months I spend in Romania. Ilona with Tycek, Iva, Anda with Dan, Paulina with Alex and Marketa. Romina was sick, Diego had already other plans, Kate and her bf out of town.
I had to use my meal tickets, so I decided to make something good to eat as well: a salty tart with spinach, cherry tomatoes and goat cheese as a starter, and main dish to choose between pasta with seafood, or rice with chicken and vegetables. And to drink there was a bottle of żubrówka, 2 bottles of żołądkowa gorzka vodka, rum, a little gin. My guests apparently are nit heavy drinker type, as they didn’t manage to drink all of that, so I had to give away untouched bottle of vodka to my landlord, and half a bottle of run and some Portuguese liqueur Beirao to Ilona.
Then some of us went to a concert of a Romanian band playing covers.
In a word, it was a nice evening with great people, just a perfect way to start my last week in Romania.
Sunday, September 19, 2010
Red Bull Flugtag
Niedziela. Odwiozłam rano Nuno na lotnisko, bo miał lot do Barcelony już o 9 rano.Dzień wcześniej zobaczyliśmy plakaty wydarzenia Red Bulla, czyli Konkurs Lotów, które polegają na tym, że uczestnicy „zlatują” czy „skaczą” na zbudowanej własnoręcznie konstrukcji do akwenu wodnego. W Bukareszcie rolę akwenu odkrywała rzeka Dambovita, która wygląda raczej jak duży, brudny kanał. Nie wiem jak zawodnicy nie dostali żadnej wysypki po skokach do tej stojącej, brudnej wody.
Nie chciała siedzieć sama w domu, więc postanowiłam, że się przejdę pod bibliotekę (miała blisko, 5 min spacerkiem), gdzie miałam się spotkać z Iloną i Tyckiem. Poszłam wcześniej, żeby znaleźć dobre miejsce, co było wyzwaniem ze względu na tłumy Rumunów, którzy lubią takie spędy. Z Iloną się nie spotkałyśmy, bo było to niemożliwe.
Po godzinnym czekaniu na rozpoczęcie show, straciłam cierpliwość- pchający się ze wszystkich stron Rumunii, palący bez przerwy papierosy i głośno krzyczący, żeby przekrzyczeć głośną muzykę techno. Poddałam się (podobno wszystko zaczęło się po 2 godzinach od planowego czasu), zrobiłam zdjęcia najciekawszym konstrukcjom, a skoki obejrzała dzięki youtubowi.
Zresztą o całym wydarzeniu stało się głośno z powodu wypadku, jakiego doświadczyła pierwsza uczestniczka, która skakała na pianinie. 26 letnia dziewczyna wylądowała głową na tej konstrukcji (skok z 6 metrów nad poziomem wody, z prędkością około 60km/h) i straciła przytomność, po jej odzyskaniu machała do publiczności, po nie zdawała sobie sprawy w jakim stanie jest. Po zawiezieniu do szpitala okazało się, że ma złamany kręgosłup i będzie operowana. Lekarze stwierdzili, że jej stan jest na tyle poważny, że może nigdy nie odzyskać pełnej sprawności. Nie wiadomo do końca, co było przyczyną. Czy rampa była niepoprawnie skonstruowana, czy wina leżała tylko po stronie poszkodowanej. Oczywiście organizatorzy umywają ręce od odpowiedzialności, bo każdy z uczestników musiał przed skokiem podpisać oświadczenie, że skaczą na własną odpowiedzialność.
Wypadek jednak nie przeszkodził i tłum dobrze się bawił.
Sunday. I went with Nuno to the airport in the morning, as he had a flight to Barcelona at 9 am.
The day before we saw the posters of Red Bull event, The Flugtad (in German it means flight day, air show), a “flight” contest, in which participants "fly " or "jump" into the water on the flying ma
As I didn’t want to stay in the flat alone, I decided to go to see the show that took place net to the National Library, not far from our place. I was to meet Ilona and Tycek. I went earlier in order to get some nice spot to take some pictures, which was quite a challenge because all the
I was waiting for an hour for the show to start, being squeezed between Romanians and Gypsies, that were smoking and shouting, with horrible techno music that was just irritating me. I just gave up, couldn’t wait more (the show started 2 hours after the scheduled time), I took some photos of the most interesting constructions and went home. Then I saw some jumps on youtube.
Anyway, the whole show was commented on the news and newspapers, thanks to an accident (that was described as “completely stupid” in Bucharest Herald) that happened during the first water jump when a first participant jumped on a piano. 26 years old girl hit her head on the construction when landing in the water and lost consciousness (she fell 6 feet above the water level at about 60km / h speed), after she regained consciousness she waved to the audience, not realizing how serious her condition was. She was immediately taken to the hospital, where it was discovered she had her spine broken and needed to be operated. Doctors said that she was in a serious condition and might never fully return to the state from before the accident. The causes remain unclear, as whether the ramp was improperly designed, or was it mistake of the poor injured girl. Of course, the organizers don’t assume responsibility for the accident, as before jumping contestant signed declarations in which they assumed all the risk.
The accident, however, didn’t have any immediate results on the spectators, other contestants or organizers, which carried on with the show.

Więcej zdjęć na oficjalnej stronie Red Bulla/ More photos on the officla Red Bull site.
Powyższe zdjęcie pochodzi z tej strony / Above photo is from this site
Wideo pokazuje wypadek a potem inne skoki oraz atmosferę imprezy/ Video shows the accident and other "jumps"and the atmosphere during the show
Ostatni dzień Nuno w Bukareszcie/ Nuno’s last Day in Bucharest
No i nadszedł dzień pakowania. Nuno odwlekał tę chwilę jak tylko mógł. Postanowiliśmy, że rzucę pracę w poniedziałek i przyjadę do Barcelony najszybciej jak będę mogła, czyli 10 października, bo 5 jadę na kilka dni do Polski.
Z okazji dni
Bukaresztu Instytut Polski zorganizował koncert Rock Loves Chopin, na którym miał grać Możdżer. (Nie wiem, co Chopin ma wspólnego z Bukaresztem). Spotkaliśmy się z Pauliną, Kasią i Marketą oraz ich chłopakami. Na koncercie mieliśmy dołączyć do Ilony i Marcina. Fajne towarzystwo, więc trochę smutno, że wyjeżdżam akurat w momencie, kiedy poznaję coraz więcej ludzi, z którymi dobrze się czuję.
Zasiedzieliśmy się trochę w pubie i na koncert zaszliśmy trochę spóźnieni
. Okazało się, że Możdżer już grał, bo po raz pierwszy zdarzyło się, że coś zaczęło się przed czasem w Rumunii. Normalnie są wielominutowe czy godzinne opóźnienia, a teraz koncert planowany na 21 zaczął się prawie godzinę przed czasem. Rumunia nie przestaje mnie zaskakiwać. Do tego fajerwerki zorganizowane zupełnie po rumuński, w tak bliskiej odległości od ludzi, że po wystrzeleniu papierowe elementy spadały widowni na głowę.
Po koncercie przeszliśmy się zamkniętym dla samochodów Bulvardem Unirii a potem ostatni raz raze na Lipscani. Nie mogliśmy zostać jednak długo, bo samolot był o 9 rano.

Eventually came the day of packing. Nuno delayed this moment as much as he could, but it on Saturday afternoon, he had no more excuses.
We decided that I would resign from work on Monday and come to Barcelona as soon as possible, that is, October 10th , as on 5th I’m going to spend some days in Poland.
During the weekend, Bucharest celebrated days of the city and on that occasion the Polish Institute organized a concert of Rock Loves Chopin in which Mozdzer was playing the piano. (Don’t ask me what Chopi has in common with Bucharest). We met with Paulina, Kate and Marketa, and their boyfriends. At a concert we were to join Ilona and Marcin, who had arrive earlier. Nice company, so I feel bit sad that I am leaving when I know more and more people with whom I feel good.
We stayed longer in the pub so we came to the concert a little late. It turned out that Mozdzer had already performed, because for the first time it happened that something actually started
before it was scheduled. Normally all events are delayed for many minutes or even hours, and now the concert that was suppose to begin at 9 pm started almost an hour earlier. Romania still surprises me. After the concert finished, there were fireworks, organized totally in Romanian way. They were fired in such proximity to the crowd, that paper parts that were ripped after the launch, were falling on people’s heads.
After the concert we went through a closed for cars Bulvard Unirii and then for the last drink on Lipscani. We couldn’t stay for long, because the plane was about 9 am.
Z okazji dni
Bukaresztu Instytut Polski zorganizował koncert Rock Loves Chopin, na którym miał grać Możdżer. (Nie wiem, co Chopin ma wspólnego z Bukaresztem). Spotkaliśmy się z Pauliną, Kasią i Marketą oraz ich chłopakami. Na koncercie mieliśmy dołączyć do Ilony i Marcina. Fajne towarzystwo, więc trochę smutno, że wyjeżdżam akurat w momencie, kiedy poznaję coraz więcej ludzi, z którymi dobrze się czuję.Zasiedzieliśmy się trochę w pubie i na koncert zaszliśmy trochę spóźnieni
Po koncercie przeszliśmy się zamkniętym dla samochodów Bulvardem Unirii a potem ostatni raz raze na Lipscani. Nie mogliśmy zostać jednak długo, bo samolot był o 9 rano.
Eventually came the day of packing. Nuno delayed this moment as much as he could, but it on Saturday afternoon, he had no more excuses.
We decided that I would resign from work on Monday and come to Barcelona as soon as possible, that is, October 10th , as on 5th I’m going to spend some days in Poland.
During the weekend, Bucharest celebrated days of the city and on that occasion the Polish Institute organized a concert of Rock Loves Chopin in which Mozdzer was playing the piano. (Don’t ask me what Chopi has in common with Bucharest). We met with Paulina, Kate and Marketa, and their boyfriends. At a concert we were to join Ilona and Marcin, who had arrive earlier. Nice company, so I feel bit sad that I am leaving when I know more and more people with whom I feel good.
We stayed longer in the pub so we came to the concert a little late. It turned out that Mozdzer had already performed, because for the first time it happened that something actually started
After the concert we went through a closed for cars Bulvard Unirii and then for the last drink on Lipscani. We couldn’t stay for long, because the plane was about 9 am.
Thursday, September 16, 2010
Zmiany się szykują/ Some changes soon
Przed moim wyjazdem do Polski, Nuno został niespodziewanie poinformowany w pracy, że zamiast ponad rocznego kontraktu proponują mu zostać tylko do końca listopada. Zasugerowali także, że jak znajdzie inną pracę wcześniej, to może odejść nawet wcześniej. Wyobraźcie sobie nasz szok- Nuno dopiero co miał szkolenie, kupili mu bilet powrotny na święta do Portugali na 22 grudnia i nagle wiadomość, że ma sobie innej pracy szukać, bo są zmuszeni ciąć koszty, bo zatrudnili nowego portugalskiego managera na cały region (a że nikt nie chciał wyjeżdżać do Rumunii płacą mu tyle, że zwalniają innych, w tym właśnie Nuno). Czyli nasz cały pobyt w Rumunii stanął pod znakiem zapytania. Mi zależało, żeby zostać w Oracle przynajmniej na rok, żeby nie wyglądało w CV, że co kilka miesięcy zmieniam pracę, kraj, wszystko. Zresztą chciałam odpocząć od niepewności co do przyszłości i przez jakiś czas nie musieć się zastanawiać, co dalej z naszym życiem. Niestety, życie często nie jest takie jakie chcielibyśmy, a nasze życie pełne jest zaskakujących zwrotów i niespodzianek. Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak to zaakceptować.
W każdym razie Nuno zaczął wysyłać CV, jak mówił wysyłać spontaniczne kandydatury, do Portugalii, Polski, innych krajów (nie wiem szczerze mówiąc, czy wysłał coś do Rumunii, bo nasi rodzice jakoś dziwnym trafem zgodnie stwierdzili, że może to lepiej, że tak się stało i że nasza przygoda z Rumunią skończy się wcześniej niż myśleliśmy). Nie pisałam nic wcześniej o naszej sytuacji, żeby nie zapeszyć, nie chciałam gdybać i zgadywać, co los nam przygotował tym razem. Ale teraz już wiem. Mniej więcej :) Wszystko potoczyło się w ekspresowym tempie. 9 września Nuno wysłał CV do HP w Barcelonie (ofertę znalazła jego była współlokatorka), wieczorem tego samego dnia zadzwonili i następnego dnia miał pierwszą rozmowę. W poniedziałek następny etap- ponadgodzinna wideokonferencja. We wtorek 14, zadzwonili z HR a potem późnym wieczorem z oficjalnym potwierdzeniem, że Nuno dostał pracę. Mały szczegół, lot do Barcelony już 19 września. Innymi słowy chyba najszybsza rekrutacja o jakiej słyszałam. Totalne zaskoczenie, że w ciągu dwóch tygodni nasze życie odmieniło się o 180 stopni. Do tego wizja, że zostaję sama w Bukareszcie nie była szczególnie ekscytująca. Do tego nie wiedziałam, kiedy mam rzucić pracę, jak to powiedzieć Ramonie. Nie wspominając o obawach związanych z szukanie nowej pracy w Barcelonie. Ale potem przyszły inne przemyślenia. Kiedyś marzyłam, żeby mieszkać właśnie w Barcelonie. Znam język, więc nie będę czuć się tak zagubiona, nie mam problemów z poznaniem nowych ludzi, hiszpańskie jedzenie jest o niebo lepsze niż rumuńskie. Wyszło jednak dużo plusów. Teraz tylko trzymajcie kciuki za znalezienie szybko fajnej pracy.


Before I went to Poland to spend some days with the family, we had some unexpected new regarding Nuno’s job and his future in the company. He was informed that instead for staying in the company for more than one year, what they were offering him was a three-month contract, till the end of November. They also suggested that in case he found another job earlier, he was free to go earlier. Imagine our shock, it was the least thing we expected, Nuno had just come back from a month training, they bought him a return ticket to Portugal for holidays for 22nd December. He was let go only because they hired some new Portuguese manager for the whole region, and since nobody really wanted to come to Romania so they offered him such a big salary that they were firing other people, including Nuno.
So a big question mark hung over our entire stay in Bucharest. I wanted to work in Oracle for at least one year, so it wouldn’t look that I can’t stay in one job for more than few months. Anyway, I also needed not to think about future, about the whole uncertainty, I didn’t want to start over- another country, another job, people, everything. Unfortunately, life is full of surprises, it almost never turns out the way you would like it, and especially ours, seems like a chain of surprising events and changes. I guess I have no way but accept it.
Anyway, after being told the bad news , Nuno started sending CVs, mostly spontaneous applications to companies in Portugal, Poland, other countries (to be honest I do not know whether he applied for any job in Romania, because our parents somehow agreed that maybe this whole situation was for the better, and maybe it was good that our Romanian adventure was to finish before we expected. I haven’t written about this before, as I didn’t want to wonder and speculate about the future or to guess what this time the life had prepared for us. But now I know. More or less:)
Everything happened so fast, it was question of days. September 9th: Nuno sent CV to HP in Barcelona (his ex flatmate found the offer and shared it with him), the same evening they phoned him to schedule the first interview for the following day. On Monday, the next step- more than one hour long videoconference . On Tuesday 14, the HR phoned him to confirm some details and later in the evening they informed him officially that he got the job. A small detail, the flight to Barcelona was scheduled for 19th September. In other words, probably the fastest recruiting process I’ve ever heard of. It came as a total surprise, within two weeks, our lives changed completely. The vision of staying alone in Bucharest was not particularly temping. I didn’t know when I should quit my job, how to tell it to Ramona. Not to mention the fear whether I find the job. But on the other hands, I dreamt about living in Barcelona .
For this I did not know when I quit a job, how to say Ramonie. Not to mention the fears. I know the language, so I won’t feel so lost, I have no problems with getting to know new people, Spanish food is far better than Romanian. So there are many good sides of this change. Now just keep your fingers crossed for me finding a nice job soon.

W każdym razie Nuno zaczął wysyłać CV, jak mówił wysyłać spontaniczne kandydatury, do Portugalii, Polski, innych krajów (nie wiem szczerze mówiąc, czy wysłał coś do Rumunii, bo nasi rodzice jakoś dziwnym trafem zgodnie stwierdzili, że może to lepiej, że tak się stało i że nasza przygoda z Rumunią skończy się wcześniej niż myśleliśmy). Nie pisałam nic wcześniej o naszej sytuacji, żeby nie zapeszyć, nie chciałam gdybać i zgadywać, co los nam przygotował tym razem. Ale teraz już wiem. Mniej więcej :) Wszystko potoczyło się w ekspresowym tempie. 9 września Nuno wysłał CV do HP w Barcelonie (ofertę znalazła jego była współlokatorka), wieczorem tego samego dnia zadzwonili i następnego dnia miał pierwszą rozmowę. W poniedziałek następny etap- ponadgodzinna wideokonferencja. We wtorek 14, zadzwonili z HR a potem późnym wieczorem z oficjalnym potwierdzeniem, że Nuno dostał pracę. Mały szczegół, lot do Barcelony już 19 września. Innymi słowy chyba najszybsza rekrutacja o jakiej słyszałam. Totalne zaskoczenie, że w ciągu dwóch tygodni nasze życie odmieniło się o 180 stopni. Do tego wizja, że zostaję sama w Bukareszcie nie była szczególnie ekscytująca. Do tego nie wiedziałam, kiedy mam rzucić pracę, jak to powiedzieć Ramonie. Nie wspominając o obawach związanych z szukanie nowej pracy w Barcelonie. Ale potem przyszły inne przemyślenia. Kiedyś marzyłam, żeby mieszkać właśnie w Barcelonie. Znam język, więc nie będę czuć się tak zagubiona, nie mam problemów z poznaniem nowych ludzi, hiszpańskie jedzenie jest o niebo lepsze niż rumuńskie. Wyszło jednak dużo plusów. Teraz tylko trzymajcie kciuki za znalezienie szybko fajnej pracy.
Before I went to Poland to spend some days with the family, we had some unexpected new regarding Nuno’s job and his future in the company. He was informed that instead for staying in the company for more than one year, what they were offering him was a three-month contract, till the end of November. They also suggested that in case he found another job earlier, he was free to go earlier. Imagine our shock, it was the least thing we expected, Nuno had just come back from a month training, they bought him a return ticket to Portugal for holidays for 22nd December. He was let go only because they hired some new Portuguese manager for the whole region, and since nobody really wanted to come to Romania so they offered him such a big salary that they were firing other people, including Nuno.
So a big question mark hung over our entire stay in Bucharest. I wanted to work in Oracle for at least one year, so it wouldn’t look that I can’t stay in one job for more than few months. Anyway, I also needed not to think about future, about the whole uncertainty, I didn’t want to start over- another country, another job, people, everything. Unfortunately, life is full of surprises, it almost never turns out the way you would like it, and especially ours, seems like a chain of surprising events and changes. I guess I have no way but accept it.
Anyway, after being told the bad news , Nuno started sending CVs, mostly spontaneous applications to companies in Portugal, Poland, other countries (to be honest I do not know whether he applied for any job in Romania, because our parents somehow agreed that maybe this whole situation was for the better, and maybe it was good that our Romanian adventure was to finish before we expected. I haven’t written about this before, as I didn’t want to wonder and speculate about the future or to guess what this time the life had prepared for us. But now I know. More or less:)
Everything happened so fast, it was question of days. September 9th: Nuno sent CV to HP in Barcelona (his ex flatmate found the offer and shared it with him), the same evening they phoned him to schedule the first interview for the following day. On Monday, the next step- more than one hour long videoconference . On Tuesday 14, the HR phoned him to confirm some details and later in the evening they informed him officially that he got the job. A small detail, the flight to Barcelona was scheduled for 19th September. In other words, probably the fastest recruiting process I’ve ever heard of. It came as a total surprise, within two weeks, our lives changed completely. The vision of staying alone in Bucharest was not particularly temping. I didn’t know when I should quit my job, how to tell it to Ramona. Not to mention the fear whether I find the job. But on the other hands, I dreamt about living in Barcelona .
For this I did not know when I quit a job, how to say Ramonie. Not to mention the fears. I know the language, so I won’t feel so lost, I have no problems with getting to know new people, Spanish food is far better than Romanian. So there are many good sides of this change. Now just keep your fingers crossed for me finding a nice job soon.
Subscribe to:
Posts (Atom)