Tuesday, October 5, 2010

Ostatni dzień w pracy, pożegnalna kolacja w La Mama i wylane wino/ Last day at work, good-bye dinner in La Mama and spilt wine

Nadszedł w końcu ostatni dzień mojej pracy, przedostatni dzień w Rumunii, chciałam bowiem jak najszybciej wrócić na kilka dni do domu przed wyjazdem do Barcelony. Tak więc ostatniego dnia porządkowałam komputer, spisywałam niedokończone sprawy, żeby ktoś, kto przejmie po mnie obowiązki wiedział, co i jak. Miałam także rozmowę z potencjalną kandydatką (którą, jak mi potem opowiedziała Anda, zdecydowano się zatrudnić), bo Ramona wolała nie ryzykować kolejny raz i wziąć jakiegoś nativa, który nie wiadomo na jak długo zostanie w Rumunii, ale raczej Rumunkę, dla której praca w Oracle to spełnienie marzeń. Dziewczyna spędziła jakiś czas w Polsce, rozumiała wszystko, co mówię, ale… ale jej poziom języka pozostawiał jeszcze dużo do życzenia. Dałam jej 6/10, ale Ramonie to wystarczyło, bo przecież jest zawsze Google translator. Nic, z Marcinem Ilony nie miała nawet rozmowy, ale wyszło na lepsze, bo dostał pracę w innym dziale, odnowy kontraktów, gdzie pracuje Kasia i Marketa, a nie w ściąganiu należności, który chyba jest jednym z gorszych miejsc, gdzie można pracować. Osobiście uważam jednak, że jest to dział, w którym najważniejsza jest płynność językowa, bo klienci, nie dość, że się dzwoni w sprawie niezapłaconych faktur, co samo w sobie jest nieprzyjemnym tematem, to jak się do tego nie mówi płynnie po polsku…

Ostatni dzień to także okazja powiedzieć w HR prawdę na temat pracy w moim dziale, przy wypełnianiu ankiety nie zapomniałam wspomnieć o wszystkich oficjalnych spotkaniach prowadzonych po rumuńsku, czy innych niedogodnościach, których doświadczyłam. Obiektywnie, ale nie przesadzałam zbytnio z narzekaniem.

Ostatni dzień to także pożegnalne prezenty :)(jeden już dostałam wcześniej na imprezie przedpożegnalnej od Andy- śliczną bransoletkę), do tego ładna tunika-sweter i kubek ze zdjęciem całego mojego teamy (bez Amelii i Roberta).

Ostatni dzień to także radość, że jest to już ostatni dzień, że za chwilę będę w Polsce, a potem w Barcelonie, jednym z moich ulubionych miast.

Po pracy, żeby zakończyć moją przygodę z Rumunią, wybrałam się z Iloną i Marcinem do La Mamy, żeby po raz ostatni zjeść sarmale (miałam zjeść papanasi, ale nie dałam rady). Zamówiłyśmy dzbanek wina, żeby uczcić mój wyjazd z Rumunii (Ilonie zostały jeszcze dłuuugie miesiące, ale skoro Marcin dostał pracę w Oracle i zostaje, będzie jej łatwiej). Zmęczona weekendem spędzonym na pakowaniu, emocjami, po kilku kieliszkach wina, opowiadając o czymś, gestykulując, żeby podkreślić wagę mojego przemówienia, strąciłam kieliszek. Resztka wina rozlała się na stolik i podłogę, kropelki wina wylądowały na spodniach siedzącego przy sąsiednim stoliku Włocha. Przeprosiłam z miłym uśmiechem, ale nie wywarło o wrażenia na Włochu, który potem przez pół godziny przeżywał, że ma plamkę na spodniach. Byłam tak zestresowana, że nie dopiłam już wina :) Ale przynajmniej ciekawie pożegnałam Rumunię. A o tym jak Rumunia pożegnała mnie, w następnym poście.


Finally the last day of work, which meant two days more in Romania, as I was working till the last day and didn’t want to stay any day longer that it was necessary.
On the last day I was basically pretending to do something, I was cleaning my computer, deleting all unwanted files, describing all unfinished things that must to be followed up by somebody who will be covering up for me. I also had an interview to check the level of Polish of a potential candidate (I discovered afterwards that she was actually chosen for the position, as Anda keeps me updated with all the gossips from Oracle). Apparently Ramona preferred not to take another risk and hire a native who stays in Romania only for a certain period of time but a Romanian for whom working in Oracle is almost as if the biggest dream has come true. Apparently the girl had spent some time in Poland, but never actually worked with Polish language (and she studied history, and I have this prejudice that people who study this course are bit nerds), she understood all I was telling, but her spoken language was, let’s put it that way, far from being perfect. I gave her 6 on the scale of 10, but it was enough for Ramona, as there is always Google translator. She didn’t even bother to have an interview with Marcin, but after all, it was all for the better, as he got a job in another department, contract’s renewal, where Kate and Marketa are working, and not in credit& collections, which is probably one of the worst departments where one can work. However, personally I believe that it is also the department where being a native can come i handy, as language fluency let you feel less intimidated while calling customer regarding something as unpleasant as unpaid invoices. , How great that it no longer involves me doing that.

The last day was also an unique opportunity to tell the truth about my department when completing exit interview for the HR. I didn’t forget to mention all those inconvenient moments related to me not speaking Romanian. I was objective and not I didn’t even complain too much.

The last day was also getting farewell gifts (I already had been given a beautiful bracelet by Anda on my pregoodbye party), on the day I was leaving Oracle, I got a cup with the photo of my whole team (Amelia and Robert were missing on it, not that it matters that much, but showes that we didn’t even had a one photo taken in six months of all 8 of us), and then a pretty sweater- tunic.

The last day was also about being happy that it was my last day and that in 24 hours I would be at home, and then off to Barcelona, for my next adventure.

After saying goodbye to all in Oracle, I went out with Ilona and Marcin to La Mama, to have my last dinner with Romanian food, sarmale (I didn’t manage to squeeze a papanasi for a desert, what a shame). We ordered a jug of home wine to celebrate me leaving Romania (Ilona has still long months ahead of her but now with Marcin working in Oracle is should be easier for her). I was tired after a weekend of cleaning and packing, all those emotions and stress, not to mention those few glasses of wine, then when I was telling some story and gesturing a lot, I spilt my glass of wine over the table, over the floor and few drops landed on pants of an Italian guy sitting next to our table. I apologized to him, smiling, saying how sorry I was, etc, but his face remained furious, and he kept complaining to his friend for 30 minutes about a tiny dot he now had on his trousers. I was so stressed out that it couldn’t even finish the wine. At least I had unusual way to say goodbye to Romania. And about how did Romania say goodbye to me... wait for another post...

No comments:

Post a Comment