Monday, October 25, 2010

Nowy blog/ New blog

Jako że tytuł ostatniego blogu zainspirowany był filmem "Biały kot, czarny kot", nazwa nowego też zainspirowana jest filmem, tym razem Allena.
Bez zbędnych formalności, zapraszam na nowego bloga pod adres: http://nunoagabarcelona.blogspot.com/


Since the last blog's title was inspired by the movie "Black cat, white cat", the new blog is also inspired by a movie, this time W.Allen's one.
Without any more unnecessary comments, I invote you all to my new blog:
http://nunoagabarcelona.blogspot.com/

Monday, October 11, 2010

Nowy blog o Hiszpanii/ New blog about Spain

Niedługo zacznę pisać bloga o moim nowym, hiszpańskim życiu. Muszę tylko nazwę wymyślić. Jakieś propozycje?

I will soon start to write a new blog about my life in Spain. I just need to come up with a title. Any suggestions?

Dzisiaj sobie myślałam i wymyśliłam kilka/ Today I have come up with some ideas

my barcelona
my life in barcelona
Aga Nuno Barcelona
taste of life in BCN
fiesta&siesta
my catalan life
bits&pieces of my spanish life

Jakaś się Wam podoba?/ You like any of them?

Saturday, October 9, 2010

Podsumowanie/ Last words

248 dni, 8 miesięcy 5 dni, 35 tygodni. Tyle czasu spędziłam w Bukareszcie.
248 days, 8 months 5 days, 35 weeks. This is how long I lived in Bucharest


Za niektórymi rzeczami będę tęsknić/ Some things I am going to miss:


A niektórych wcale nie będzie mi brak/And some, I will not:

Wednesday, October 6, 2010

Pa, pa Rumunio/ Bye, bye Romania

W normalnych okolicznościach nie lubię pożegnań. Teraz jednak czułam radość wyjeżdżając.
Nie obyło się jednak bez kilku przykrych niespodzianek. Nie mogłam bowiem wyjechać z Rumunistanu bezproblemowo.

Problem nr 1: Cosmin hojnie zaoferował się, że mnie zawiezie samochodem na lotnisko. Okazało się jednak, że ma jakieś spotkanie i nie zdąży, bo tego dnia były mega korki (dla odmiany) plus jakieś demonstracje kontra polityce rządowej, na które zjechali się demonstranci z całego kraju, a które miały się zacząć akurat na drodze na lotnisko. Tak więc Cosmin przepraszał bardzo i radził pojechać taksówką dużo wcześniej.

Problem nr 2: nie, nie było tym razem problemu z taksówką. Tym razem, dla odmiany, był problem z odprawą. A konkretniej z nadbagażem. W walizce na 20 kg dopuszczalnych miałam 18, ale nic by się już w walizce nie zmieściło, tak była zapakowana. Wszystko byłoby w normie, gdyby głupia panna nie poprosiła o zważenie walizki podręcznej. I nie żebym leciała Ryanairem czy inną tanią linią, leciałam LOT-em, za bilet swoje ciężkie pieniądze zapłaciłam (tata zapłacił, prawdę mówiąc, ale nie zmienia to faktu, że nie był to low cost). I nigdy, przenigdy (nie znałam też nikogo komu by się to zdarzyło) nie zapytali mnie o wagę bagażu podręcznego. Aż do pamiętnego incydentu w Bukareszcie, gdzie waga podręcznego pokazała 9 kg. Panienka trzy razy się dopytała koleżanki, ile Lot ma dopuszczalnego limitu i okazało się, że mam 3kg za dużo. Ale nie, nie da się przepakować do drugiej walizki, bo ona już jest na pasku, nie, nie da się nadać jako drugi bagaż, nie, absolutnie nie da się przymknąć oka na ten bagaż. W ogóle o straciłam cierpliwość, bo próbowałam tłumaczyć, jak można najbardziej ekonomicznie dla mnie rozwiązać tę sytuację. Bo cena za 1 kg nadbagażu to 10 euro, więc jednak zależało mi na jakiejś współpracy. Gdzie tam, w Rumunii o tym zapomnij. Ludzie są mili i pomocni, do czasu, kiedy w grę wchodzą pieniądze, a panienka pewnie dostaje jakąś prowizję. Bo jak inaczej wytłumaczyć jej nadgorliwość? Nic, 20 minutowa dyskusja zakończyła się dla mnie niekorzystnie. Musiałam nadać bagaż podręczny, który policzyło się jako nadbagaż, więc po odprawie byłam 80 euro na minusie. Nawet nie myślałam o jakiś pamiątkach z Rumunii, chciałam tylko stamtąd wyjechać.


Under any normal circumstances I hate goodbyes, I hate to pack, I hate to leave. His time, however, I felt nothing but happines.
Of course, I couldn’t leave Romania without few unpleasant surprises. I just couldn’t leave this country in any other way but the hard one.

Problem no. 1: Cosmin had generously offered that he would take me to the airport. But it turned out that he had some meeting and couldn’t make it on time to pick me up, because on my day of departure in the whole city there were huge traffic jams (for a change), and to addition o that- a big demonstration against the government, with protestants from all over the country, and it happened to start exactly on my route to the airport. Cosmin apologized (at least he had let me know in advance, so I didn’t have to face the stress of being stuck between he demonstrators and arrive late) I called a taxi way in advance. But afterwards I had to face problem no. 2.

Problem No. 2: No, this time it wasn’t taxi related. This time, for a change, it was related to check-in. More specifically o extra luggage. The bag I was checking in had 18 kg out of 20 allowed, on the 20 kg limit had 18, couldn’t squeeze anything more even if I sit on it. Well, in any normal circumstances, I wouldn’t have any problems. Just this time it happened to be my unlucky day, and the lady asked me about my hand luggage. Not that I was flying with Ryanair, where this happens always so wouldn’t be surprising. No, this time the lady made sure by asking her 3 friends what was the weight limit for hand luggage for LOT. I already paid quite a lot for the ticket and then for changing the flight date (well, to be precise, my dad paid, but still it doesn’t change the fact that it was no low cost). And it never ever happened to me or to any of my friends that they checked the hand luggage. Well, as they say, there always must be the first time. Mine just happened to be in Romania, where I had to deal with this unpleasant lady. Who didn’t let me repack, didn’t let me to check it as another luggage, not to mention that she didn’t consider even for one second to turn a blind eye on extra 4 kg of the hand luggage (she even looked at my laptop and said viciously: “you don’ want us to weight it also”). In general, at some point I was about to lose my patience, trying to explain her how we could solve his situation in most economical way. Cause 1 kg of extra luggage was 10 euros, so I was pretty determined to try to work things out with her. In vain. In Romania, people are friendly, till the moment money get involved. And probably she gets commission whenever she charges some poor traveler. What other reason can explain her behavior? So after 20 min discussion, almost crying with frustration, I had to pay 80 euros for nothing. Later I didn’t even stop at duty free or thought about buying some souvenir. I just wanted to leave this country.

Tuesday, October 5, 2010

Ostatni dzień w pracy, pożegnalna kolacja w La Mama i wylane wino/ Last day at work, good-bye dinner in La Mama and spilt wine

Nadszedł w końcu ostatni dzień mojej pracy, przedostatni dzień w Rumunii, chciałam bowiem jak najszybciej wrócić na kilka dni do domu przed wyjazdem do Barcelony. Tak więc ostatniego dnia porządkowałam komputer, spisywałam niedokończone sprawy, żeby ktoś, kto przejmie po mnie obowiązki wiedział, co i jak. Miałam także rozmowę z potencjalną kandydatką (którą, jak mi potem opowiedziała Anda, zdecydowano się zatrudnić), bo Ramona wolała nie ryzykować kolejny raz i wziąć jakiegoś nativa, który nie wiadomo na jak długo zostanie w Rumunii, ale raczej Rumunkę, dla której praca w Oracle to spełnienie marzeń. Dziewczyna spędziła jakiś czas w Polsce, rozumiała wszystko, co mówię, ale… ale jej poziom języka pozostawiał jeszcze dużo do życzenia. Dałam jej 6/10, ale Ramonie to wystarczyło, bo przecież jest zawsze Google translator. Nic, z Marcinem Ilony nie miała nawet rozmowy, ale wyszło na lepsze, bo dostał pracę w innym dziale, odnowy kontraktów, gdzie pracuje Kasia i Marketa, a nie w ściąganiu należności, który chyba jest jednym z gorszych miejsc, gdzie można pracować. Osobiście uważam jednak, że jest to dział, w którym najważniejsza jest płynność językowa, bo klienci, nie dość, że się dzwoni w sprawie niezapłaconych faktur, co samo w sobie jest nieprzyjemnym tematem, to jak się do tego nie mówi płynnie po polsku…

Ostatni dzień to także okazja powiedzieć w HR prawdę na temat pracy w moim dziale, przy wypełnianiu ankiety nie zapomniałam wspomnieć o wszystkich oficjalnych spotkaniach prowadzonych po rumuńsku, czy innych niedogodnościach, których doświadczyłam. Obiektywnie, ale nie przesadzałam zbytnio z narzekaniem.

Ostatni dzień to także pożegnalne prezenty :)(jeden już dostałam wcześniej na imprezie przedpożegnalnej od Andy- śliczną bransoletkę), do tego ładna tunika-sweter i kubek ze zdjęciem całego mojego teamy (bez Amelii i Roberta).

Ostatni dzień to także radość, że jest to już ostatni dzień, że za chwilę będę w Polsce, a potem w Barcelonie, jednym z moich ulubionych miast.

Po pracy, żeby zakończyć moją przygodę z Rumunią, wybrałam się z Iloną i Marcinem do La Mamy, żeby po raz ostatni zjeść sarmale (miałam zjeść papanasi, ale nie dałam rady). Zamówiłyśmy dzbanek wina, żeby uczcić mój wyjazd z Rumunii (Ilonie zostały jeszcze dłuuugie miesiące, ale skoro Marcin dostał pracę w Oracle i zostaje, będzie jej łatwiej). Zmęczona weekendem spędzonym na pakowaniu, emocjami, po kilku kieliszkach wina, opowiadając o czymś, gestykulując, żeby podkreślić wagę mojego przemówienia, strąciłam kieliszek. Resztka wina rozlała się na stolik i podłogę, kropelki wina wylądowały na spodniach siedzącego przy sąsiednim stoliku Włocha. Przeprosiłam z miłym uśmiechem, ale nie wywarło o wrażenia na Włochu, który potem przez pół godziny przeżywał, że ma plamkę na spodniach. Byłam tak zestresowana, że nie dopiłam już wina :) Ale przynajmniej ciekawie pożegnałam Rumunię. A o tym jak Rumunia pożegnała mnie, w następnym poście.


Finally the last day of work, which meant two days more in Romania, as I was working till the last day and didn’t want to stay any day longer that it was necessary.
On the last day I was basically pretending to do something, I was cleaning my computer, deleting all unwanted files, describing all unfinished things that must to be followed up by somebody who will be covering up for me. I also had an interview to check the level of Polish of a potential candidate (I discovered afterwards that she was actually chosen for the position, as Anda keeps me updated with all the gossips from Oracle). Apparently Ramona preferred not to take another risk and hire a native who stays in Romania only for a certain period of time but a Romanian for whom working in Oracle is almost as if the biggest dream has come true. Apparently the girl had spent some time in Poland, but never actually worked with Polish language (and she studied history, and I have this prejudice that people who study this course are bit nerds), she understood all I was telling, but her spoken language was, let’s put it that way, far from being perfect. I gave her 6 on the scale of 10, but it was enough for Ramona, as there is always Google translator. She didn’t even bother to have an interview with Marcin, but after all, it was all for the better, as he got a job in another department, contract’s renewal, where Kate and Marketa are working, and not in credit& collections, which is probably one of the worst departments where one can work. However, personally I believe that it is also the department where being a native can come i handy, as language fluency let you feel less intimidated while calling customer regarding something as unpleasant as unpaid invoices. , How great that it no longer involves me doing that.

The last day was also an unique opportunity to tell the truth about my department when completing exit interview for the HR. I didn’t forget to mention all those inconvenient moments related to me not speaking Romanian. I was objective and not I didn’t even complain too much.

The last day was also getting farewell gifts (I already had been given a beautiful bracelet by Anda on my pregoodbye party), on the day I was leaving Oracle, I got a cup with the photo of my whole team (Amelia and Robert were missing on it, not that it matters that much, but showes that we didn’t even had a one photo taken in six months of all 8 of us), and then a pretty sweater- tunic.

The last day was also about being happy that it was my last day and that in 24 hours I would be at home, and then off to Barcelona, for my next adventure.

After saying goodbye to all in Oracle, I went out with Ilona and Marcin to La Mama, to have my last dinner with Romanian food, sarmale (I didn’t manage to squeeze a papanasi for a desert, what a shame). We ordered a jug of home wine to celebrate me leaving Romania (Ilona has still long months ahead of her but now with Marcin working in Oracle is should be easier for her). I was tired after a weekend of cleaning and packing, all those emotions and stress, not to mention those few glasses of wine, then when I was telling some story and gesturing a lot, I spilt my glass of wine over the table, over the floor and few drops landed on pants of an Italian guy sitting next to our table. I apologized to him, smiling, saying how sorry I was, etc, but his face remained furious, and he kept complaining to his friend for 30 minutes about a tiny dot he now had on his trousers. I was so stressed out that it couldn’t even finish the wine. At least I had unusual way to say goodbye to Romania. And about how did Romania say goodbye to me... wait for another post...

Sunday, October 3, 2010

Mecz, polski sędzia i kiełbasa/ Game, Polish referee and sausage

W zeszłym tygodniu miał miejsce mecz między Steauą Bukaresz a SSC Napoli, na którym sędziował Polak. W wyniku przedłużenia czasu gry o osiem minut, piłkarze z Neapolu zremisowali.
Rumuńscy kibice i piłkarze bardzo się zdenerwowali, rzucali z trybun różne przedmioty, a później część z nich poszła pod mieszkanie właściciela klubu z Bukareszty, Gigi Becali, który mieszka bardzo blisko polskiej ambasady. Kibice wyładowali złość na budynku ambasady, który „zbombardowali” kiełbasami.
Więcej na stronie TVN24.


Last week there was a match between Steaua Bucharest- SSC Napoli, where Polish referee, by extending the match by eight minutes, gave the players from Napoli the time to equalize.
Romanian fans got very angry, the referee was bombarded with various objects throw from the stadium, and later on, some of the gathered on the footsteps of the house owned by the Steaua club owner, Gigi Becali, which is very close to the Polish embassy. The Steaua fans took it out on the embassy building, by “bombarding” it with sausages.
More on Bucharest Herald.

Friday, October 1, 2010

Poczta, paczka, problemy/ Post Office, package, problems

Tak jak pisałam, wysłanie paczki w Rumunii nie jest sprawą tak prostą, jak się może się wydawać. Po pierwsze nie da się na poczcie kupić paczki, ale tak jak pisałam, zabrałam jedną z Oracle. Nie da się także kupić nigdzie papieru pakownego, a na poczcie nie mają taśmy klejącej. Ale po kolei.

Dzień przed planowanym wysłaniem paczki, wyszukałam w Internecie stronę poczty rumuńskiej, żeby sprawdzić, do jakiego oddziału najwygodniej by mi było (i Andzie, która była moim prywatnym tłumaczem, a jak się później okazało także tragarzem). Umówiłyśmy się przed pracą na pl. Victoriei, bo tam miał się mieścić jeden z oddziałów poczty. Miał być, ale jakoby go nie było, bo pod wskazanym adresem był co najwyżej niewidzialny budynek poczty, nikt z przechodniów czy policji miejskiej nie widział poczty. Nic, musiałyśmy się wrócić jeden przystanek metrem na pl. Romana, gdzie jest całkiem duży oddział poczty. Doszłyśmy tam z trudem, taszcząc ponad 9 kilową paczkę. Zobaczyłyśmy cennik wysyłek zagranicznych, więc odetchnęłyśmy z ulgą, że wszystko przebiega bezproblemowo prawie. Nasza radość była jednak przedwczesna. Okazało się, że z tej poczty paczki za granicę nie są wysyłane (to po jakie licho mają cennik na ścianie?!). Pani odesłała nas na inną pocztę, oddaloną z 15-20 minut, dystans taki jest wyzwaniem, jak się niesie paczkę, a nic tam nie dojeżdża. W końcu, z wielkim trudem, dotarłyśmy pod wskazany adres (po uprzednim zapytaniu przypadkowej pani, gdzie dokładnie mieści się ta poczta, bo wyjaśnienie pracownicy poczty okazało się zbyt ogólne). Budynek, jak i pracownicy, wyglądał jakby żywcem wyjęty z epoki komunizmu (w środku 10 osób, z czego tylko 3 pracowały, nikt oczywiście w żadnym języku oprócz rumuńskiego nie rozmawiał, bo i po co, wszak to tylko dział wysyłanie paczek za granicę). Po wypełnieniu formularza, wyjęciu paczki, której po takim długim spacerze przydałaby się większa dawka taśmy klejącej, ale której nie posiadano na poczcie (nota bene nie posiadano również nowych kartonów, więc do dzisiaj nie wiem, gdzie można by kupić paczkę), zdziwieniu pani, że czemu niby podaję adres odbiorcy w Hiszpanii, a nadawcy w Polsce (przecież powinien być rumuński), po moim krótkim zdenerwowaniu, udało nam się wysłać paczkę. (na marginesie: bałam się, ze nie dojdzie, bo ostatnio wszystko układało mi się nieszczęśliwie, ale paczka doszła cała- bo w Hiszpanii podkleili ją).

Ale cały czas pozostaje dla mnie tajemnicą, czemu w stolicy kraju, należącego przecież do Unii, niektóre rzeczy są takie nielogiczne. U nas nawet w najmniejszej poczcie można wysłać wszystko i wszędzie. A mięśnie ramion czułyśmy z Andą potem przez kilka dni (Anda, jestem ci dozgonnie wdzięczna, bo bez ciebie nie poradziłabym sobie, przedzieranie się przez struktury urzędów państwowych, bez znajomości rumuńskiego, jest wyczynem, któremu bym nie sprostała).

(Na zdjęciu paczka po przebyciu drogi Rumunia-Hiszpania)



As I mentioned in the previous post, sending a package abroad from Romania is not such an easy process.
First, it is a mystery where to buy some box to put the things you want to send. As at the post office, nor in the bookstores/ markets/ any other type of shop, you can buy it. Fortunately I got mine from Oracle (“borrowing” it with no intention of returning it).
I also wanted to wrap the box with wrapping paper, but it is also nowhere to be found, and of course at the post office they don’t have Scotch tape neither. But I better tell the whole story from the beginning.
Day before sending a package, I searched on the Internet, on the official page of Posta Romana, where is the best located branch so that I can meet with Anda and go together (Anda was my personal translator, and as is it turned out also a package carrier). We decided to meet on Piata Victoriei, cause it was close to the metro and afterwards to Oracle. There was supposed to be a post office, but whatever was supposed to be, wasn’t there (well, if it was a ghost, invisible one), we asked some people as well as policemen, and nobody had heard about that particular post office. We had no choice but to take the metro to Romana and go to the post office there. We reached it with some difficulty, dragging my package, that was over 8 kg heavy. We saw a list with prices for sending the packages abroad, so we breathed with relief that we would send it without any more problems. Well, we should remember the saying: Don't praise the day before sunset, as it turned out that from this post office they don’t sent packages to other countries (so why the hell do they had the pricelist on the wall?!). The post office lady sent us to another office, that was 15-20 minutes away, and believe me, going there with very uncomfortable package was a challenge, since there were no metro nor buses going there. Finally we did arrive to the indicated post office (after asking a passer-by cause the explanations we were given were too imprecise). The building and the staff looked as if it stopped in the communism time, there were 10 people, of which only 3 were actually doing something. Of course nobody spoke English, and why should they, it was just one of 3 post offices in Bucharest from which you could send a package abroad. After filling in the form (in Romanian and French only), putting the package on the scale (by the way, the package after such a walk needed more tape, cause it was falling apart on some sides, but of course they didn’t have a tape, not to mention a new box that I could use), they got confused that I put recipient’s address in Spain, and sender’s in Poland (it was illogical to them, as it should be Romanian one, but I just didn’t want my package to get back to Romania in any case), but eventually I had my package sent. (I was very afraid that taking into consideration my bad luck in the past weeks the package wouldn’t reach the destination, but fortunately it arrived, and was taped by the Spanish post office so it also did arrive in one piece.).
Anyway, it still surprises me how some basic things are done in such illogical way in a capital of a country that belongs to UE. In Poland, even from the smallest post office you can send whatever you want to wherever you want. And here, sending a package is so difficult and painful- we felt our arm muscles (not existing ones) with Anda for days. (Anda, I am so grateful to you for helping me, cause without you it would had been a nightmare, especialli communicating with those unpleasant ladies with my poor Romanian)

(Photo shows how the package looked like after arriving from Romania to Spain).