Thursday, May 27, 2010

Rzym w 48 godzin

Jak już wspominałam, dostałam w prezencie przed-urodzinowym weekendowy wypad do Rzymu. Wiem, że minął już ponad tydzień od tego wyjazdu i zdaję sobie sprawę, że Włochy na pierwszy rzut oka niewiele mają wspólnego z Rumunią, o której miał być ten blog. Ale nie ma co się czepiać szczegółów, wyjazd był tak fajny, że zasługuje na posta, plus we Włoszech dużo Rumunów wyemigrowało za pracą. Poza tym miałam wątpliwą przyjemność przekonać się, że Rumunii troszkę większymi burakami są w zachowaniu w samolotach low-cost niż Polacy ( a myślałam, że jesteśmy nie do przebicia).

Nasze wyjazdowe przygody zaczęły się już na lotnisku. Lot mieliśmy opóźniony o godzinę (jakaś tradycja chyba, bo za każdym razem, a było ich aż 2, mam opóźnienie, tym razem niewielkie, ale 2 lata temu z 5 godzin prawie). Oczywiście ogłoszenie po rumuńsku tylko, a ekrany tak zużyte, że informacja o lotach nie do odczytania prawie...
Do tego wcześniej przy odprawie też były przygody, bo Nuno się zachował, jakby pierwszy raz leciał, bo zabrał do bagażu podręcznego 2 szampony i mój żel pod prysznic 500 ml. Nie wiem jakim cudem w Rumunii nas przepuścili z tym. Oczywiście w Rzymie musieliśmy wszystko wyrzucić.

Rzym przywitał nas deszczem i cały wieczór piątkowy nie przestawało padać. W sobotę były kilkuminutowe przejaśnienia, ale mimo solidnych parasoli i tak byliśmy przemoknięci. Ale Rzym to jednak Rzym, nawet w deszczu jest przepiękny. I się śmiałam, że ostatnim razem jak byłam to był straszny upał, a równowaga musi być zachowana. Plus inne ujęcia na zdjęciach miałam okazję utrwalić.

Rzym w 48 godzin równa się dość napięty plan, trudny do osiągnięcia i związany z wcześniejszą koniecznością wyboru miejsc, które koniecznie chcieliśmy zobaczyć w Wiecznym Mieście choć przez krótką chwilkę. Zobaczyć wszystko, co jest warte zobaczenia równa się bowiem zwiedzaniu przez wiele tygodni lub miesięcy.

Oczywiście nie mogłam uwolnić się od porównywania mojego pobytu sprzed dwóch lat, kiedy to z Magda musiałyśmy „zaliczyć” wszystkie zabytki, ciekawe miejsca i muzea w tydzień. Tym razem było trochę łatwiej, jako że z powodu ograniczonego czasu z góry założyliśmy, że muzea sobie odpuścimy (Nuno chciał tylko zobaczyć Kaplice Sykstyńską, ale jak już przebrnęliśmy przez tłum turystów zmierzających na plac św. Marka okazało się, że akurat w tę niedzielę Muzeum Watykańskie jest nieczynne). Trafiliśmy akurat na noc muzeów, ale nie skorzystaliśmy z tego co oferowała- cały dzień zwiedzania w deszczu, plus kolacja, która skończyła się krótko przed 23, plus Sirio nie wykazywał entuzjazmu, jak zaproponowałam, abyśmy spróbowali do Kapitolu wejść.

Tym razem trafiłam na kilka nowych atrakcji, jakich nie zaznałam podczas poprzedniego pobytu. Pierwszą było „spotkanie” z gwiazdą wielkiego formatu, czyli Russellem Crowem. Spotkanie to za wiele powiedziane, ale zdjęcie mu zrobiliśmy, dzięki Nuno, bo ja bym pewnie olała podekscytowany tłum przed hotelem i przeszła obok nie zwróciwszy uwagi, czym ludzie tak się ekscytują. Potem wrzuciłam zdjęcie na Facebooka, ale Magda i mama nie chciały uwierzyć mi, że to Russell. Ale od czego mamy Google, wrzuciłam hasło Russell Crowe w Rzymie i miałam potwierdzenie. Na zdjęciach miał nawet taką samą czapeczkę.
Drugą atrakcją, bardziej dla Nuno, była ekspozycja z okazji rocznicy istnienia policji rzymskiej. Samochody z różnych epok, wśród nich mega ekskluzywne Lamborghini, helikopter, łódź ratunkowa, stały otworem dla zwiedzających.


Tak w skrócie najważniejsze obiekty, które zobaczyliśmy:
Koloseum, normalnie można za niewielką opłatę sfotografować się z żołnierzem z czasów Imperium Rzymskiego. Tym razem ukrywał się on przed deszczem.
Forum Romanum widzieliśmy też z zewnątrz, w opadach deszczu nie zachęcało do zwiedzania, plus długa kolejka turystów i zdecydowaliśmy, że spacer w deszczu jest jednak przyjemniejszy niż stanie w deszczu.

Plac Hiszpański mieliśmy okazję podziwiać w dwóch odsłonach: skąpany w deszczu i w nieśmiałym majowym słońcu w niedzielę. Za każdym razem jednak był zalany przez morze turystów. Od schodów hiszpańskich odchodzi uliczka z najdroższymi markowymi sklepami. Gucci, YSL, Vuitton, Chanel... Cena za skórzaną torebkę w jednym z nich wynosiła 16000 euro (nie, nie dodałam przypadkiem zer, tak, można za cenę tej torebki samochód sobie kupić). Ale są ludzie, którzy w nich kupują, głownie Japończycy i Rosjanie, choć my w drodze powrotnej spotkaliśmy kilku Rumunów z torbami z tych sklepów.

Nuno chciał zobaczyć Circus Maximus,najstarszy i największy cyrk w starożytnym Rzymie, znany z filmu Ben Hur. Mnie nie zachwycił, bo dziś to tylko wielkie pole bez żadnych pozostałości cyrku.
A stamtąd już kilka kroków (ale przez zabłocone pole i w deszczu, a ja się nie przygotowałam na taką pogodę i miałam tylko baleriny, więc łatwo nie było) do Kościoła Santa Maria in Cosmedin, gdzie w przedsionku znajduje się Bocca della verita’ – usta prawdy (jest jedna sławna scena z Rzymskich wakacji, która ma miejsce właśnie tutaj, ale w filmie tylko głowni bohaterowie, a my musieliśmy odstać swoje i na dodatek każdemu przysługuje tylko jedno zdjęcie, więc nie można za długo stać.)

W niedzielę Nuno nalegał, żebyśmy poszli na Ave Maria papieża, bo według niego być w Rzymie i nie zobaczyć papieża, jest czymś niedopuszczalnym. Na marginesie wspomnę, że Nuno nie jest religijny, w kościele był kilka razy tylko (no, nie licząc zwiedzania kościołów), nie był u pierwszej komunii czy bierzmowany. Do tego Sirio, który też jest zagorzałym przeciwnikiem Kościoła, a polityki Watykanu w szczególności. I ja. Też raczej z tych niepraktykujących. No i tłum wiernych, którzy z niecierpliwością i ekscytacją czekali na pojawienie się Benedykta XVI w oknie. Po 5 minutach, zrobieniu zdjęć i telefonie Nuno do rodziców, żeby się pochwalić, gdzie jest, poszliśmy do Bazyliki św. Piotra. Słusznie przewidzieliśmy, że nie będzie kolejki, gdyż wszyscy byli na placu. Sirio musiał odebrać brata z zawodów pływackich, więc już sami poszliśmy do krypt zobaczyć groby papieży i weszliśmy na kopułę, pokonaliśmy ponad 500 schodów w jedną stronę, ale dla widoku było warto.

Oczywiście Fontana di Trevi... Turystów full, plus z powodu deszczu wszyscy mieli parasole, więc nie tylko musieliśmy uważać na kieszonkowców, ale także starać się nie dostać prętem parasola w twarz. Wrzuciliśmy oczywiście monetę (co ma gwarantować powrót do Wiecznego Miasta, ja wróciłam, więc chyba to działa). Podobno miasto zarabia w ten sposób spore pieniądze, ale my wrzuciliśmy rumuńskie bani, więc na nas nie zarobią (wierząc słowom przewodnika codziennie rano służby miejskie wyławiają monety wrzucone przez turystów).

Włochy to także kulinarny raj, szczególnie po 4 miesiącach na rumuńskiej kuchni (nie to, żeby była tragiczna, jest tylko dość monotonna). Wracając to Italii, kraju pasty, pizzy, spaghetti, ravioli, win, tiramisu i lodów. Każdy Włoch sądzi, że to właśnie kuchnia włoska jest najlepsza na świecie. No cóż, według mnie pizza smakuje tutaj zupełnie inaczej niż w innych krajach Europy. I to mimo faktu, że teraz prawie wszyscy wyrabiacze pizzy to nie rodowici włosi, ale głównie emigranci chińscy. Włoska pizza jest nadal o niebo lepsza niż inne i chyba zawsze będzie poza konkurencją.

Gelati, lody włoskie, pychotka... Musieliśmy pójść do gelateria mimo deszczu. Sirio zabrał nas do tych najpopularniejszych i serwujących najlepsze lody w Rzymie. Wybór smaków, jak zawsze trudny, spędziliśmy długie chwile decydując się, jakie wybrać, a wybór naprawdę przyprawiał o zawrót głowy.


Kilka razy piliśmy espresso (tak, nawet ja wypiłam) w tradycyjnych barach, gdzie najpierw płaci się przy kasie, potem daje się rachunek barmanowi powtarzając zamówienie.

Sirio zabrał nas w miejsce, gdzie serwują podobno najlepsze espresso w mieście (miejsce to polecają również przewodniki). Dla tych, którzy będą w Rzymie, lubią espresso i nie mają nic przeciwko staniu przez pół godziny w kolejce, podaję namiary: bar nazywa się w Caffé Sant’Eustachio, mieści się przy placu o tej samej nazwie, w połowie drogi między Panteonem a Piazza Navona. (www.santeustachioilcaffe.it)


A po powrocie twarde zderzenie z rzeczywistością. Wróciliśmy przed północą, więc autobusy już nie kursują. Na dodatek okazało się, że tego wieczoru był koncert AC/DC, więc złapanie taksówki graniczyło z cudem. Na lotnisku niby były normalne taksówki z dobrych cenowo korporacji, ale taksówkarze nie chcieli włączyć licznika, tylko podawali bardzo wygórowaną cenę. Ale nic po tak wspaniałym weekendzie nie zdołało zepsuć nam humorów.

Zeszły weekend postanowiliśmy spędzić leniwie, czyli spać do południa i nadrobić filmy. Jednym z nich były „Rzymskie wakacje” z Gregorym Peckiem i Audrey Hepburn, film czarno-biały z lat 60-tych. Ja ogólnie lubię oglądać filmy z miejsc, w których byłam. A filmów, których akcja dzieje się w Rzymie jest kilka, więc w przyszłości postaramy się je zobaczyć.

2 comments:

  1. Ty szczęściaro!!!To ja mieszkam w Italii i nie udało mi się jeszcze zorganizowac podrózy do "wiecznego miasta"! Ale podobno "wszystkie drogi prowadzą do Rzymu", więc nie tracę nadzieii !Agnieszko otrzymałaś wspaniały prezent urodzinowy!!!To był bardzo romantyczny wypad!!! Zdjęcia przypomniały mi miejsca które zwiedzałam 20 lat temu. To prawda, że Rzym dostarcza wielu wrażeń i przeżyc! Po takim rzymskim weekendzie, nie przeszkadza, że film stary, skoro przenosi jeszcze raz w miejsca juz poznane i przyjemnie spedzone chwile! Pozdrawiam! bozena

    ReplyDelete
  2. Rzym polecam z czystym sercem, na każdą pogodę... choć tym razem w porównaniu ze zwiedzaniem sprzed 2 lat z Magdą, to była namiastka. Bo mają świetne muzea i o wiele więcej rzeczy niż nam się udało zobaczyć teraz. A do Rzymu nie jest aż tak daleko :) może sobie ciocia zaplanować coś na wrzesień, bo zwiedzanie w upale jest ciężkie. I mam nadzieję, że mój post i zdjęcia tym bardziej zachęcą do wyruszenia w drogę i zwiedzenia tego cudownego miasta.

    ReplyDelete