Sunday, August 22, 2010

Zaległy post o wakacjach w Portugalii/ Delayed post about road trip in Portugal

Z wakacji wróciłam 11 dni temu, ale dopiero teraz mam trochę czasu na pisanie. Powrót do pracy był brutalny (szczególnie że wylądowałam o 7, a na 9 już w biurze), dużo do nadrobienia po 12 dniach odpoczynku, potem wracałam zmęczona do pustego mieszkania i wolałam odespać czy obejrzeć coś niż pisać. Na szczęście na weekend przyjechała Celina, ale o tym w swoim czasie, czyli następnym poście.

Wyjazd do Portugalii poprzedzony był oczekiwaniami i oglądaniem na Internecie zdjęć pięknych plaż. Na lotnisku Baneasa (wielkości chyba lotniska w Bydgoszczy, brzydszego tylko i z którego wylatuje więcej samolotów, a nie tylko kilka dziennie, ale to przecież stolica) tradycją chyba staje się, że moje samoloty mają opóźnienie. Do tego latanie tanimi liniami rumuńskimi jest gorsze niż latanie Ryanairem- dalsze wyjaśnienia zbędne :) Ogólnie tym razem leciała jakaś cygańska rodzina (tylko się modliłam, żeby przypadkiem nie usiedli koło mnie), która jakoś uzbierała/ukradła kasę na lot do Lizbony. Celem ich podróży pewnie nie było zwiedzanie… I te ich kłótnie na lotnisku, do tego cygańska mama- biust po pępek, bez stanika, chusta na głowie i spódnica kolorowa, do tego pełno złota. Widok nie do zapomnienia.

Pierwsze 2 dni- Lizbona. Niezwykłe miasto- plątanina wąskich uliczek, żółte tramwaje (oczywiście musiałam nie byłabym sobą, gdybym nie namówiła Nuno na przejażdżkę jednym z nich), klimatyczne dzielnice- Alfama, Baixa, Bairro Alto… Polecam zwolennikom długich spacerów bez celu, gubieniu się w uliczkach, oraz tym, którzy lubią zachodzić do knajpek, aby cieszyć się życiem przy lampce dobrego wina (może jakieś fado w tle, lub co jest bardziej spotykane teraz jakaś muzyka afrykańska czy brazylijska) lub pysznej kawy (choć ja akurat nie piję, ale wierzę Nuno na słowo).




Wieczorem w sobotę pojechaliśmy do Cascais na rodzinną kolację z rodzicami Nuno, którzy nie mogli się nadziwić, jaki postęp zrobiłam w portugalskim. Gdyby nie małe problemy z samochodem (jakaś tam część deszczo- czy błoto- ochronna nam spadła i trzeba ją było taśmą podklejać) to wieczór byłby bardzo miły.

Następnego dnia musieliśmy zostawić auto u mechanika, więc dzień spędziliśmy w oceanarium, gdzie widziałam najdziwniejsze ryby (ryba-księżyc), ale potem jadłam rybę (Tamboril po portugalsku), która wyglądała jak ludzka twarz i przestałam się czemukolwiek dziwić :) I mały shopping w poszukiwaniu idealnych okularów przeciwsłonecznych- Nuno miał gest :)



Wieczorem próbowanie letnich wersji caipirinhi ( z truskawkami i czarną wódką- pychotka) w Bairro Alto- gdzie bar przy barze, więc jest z czego wybierać, a ludzie piją na ulicy i dobrze się bawią. Do tego dziwne typki próbujące sprzedać inne substancje, co jest chyba dobrym interesem w Lizbonie, bo już nas zaczepiali od 10 rano- albo wyglądamy na takich, co potrzebują…

Do tego zwiedzanie- klasztor Hieronimitów, wieża Belem, Pomnik Odkrywców i wiele innych. No i oczywiście jedzenie- zdjęć brak- za bardzo zajęta byłam jedzeniem. Np. pasteis de Belem (pasteis de Nata), których receptura jest ściśle strzeżona. Podobno znają ją tylko 3 osoby, przepisy firmy (po tylko w kawiarni Casa Pastéis de Belémprodukuje się te „oryginalne” reszta to tylko inspiracja i podróbki) nie pozwalają im podróżować razem.




Po Lizbonie- Sintra- niewielkie, malownicze miasteczko, pół godziny jazdy od Lizbony, gdzie główną atrakcją jest Palacio de Pena (według Nuno, to właśnie te Pałac posłużył jako inspiracja dla logo Disneya, ale pewnie to portugalska duma tak każe im wierzyć). W każdym razie Pałac jest interesujący, mieszanina stylów, czasami lekko zahaczająca już o kicz, ale robi wrażenie. Szczególnie otaczający go ogród, gdzie dzięki mikroklimatowi dobrze odnajdują się drzewa przywiezione z najdalszych zakątków świata, wytwarza mroczną atmosferę. Tu też mieliśmy małą przygodę z noclegiem. Nuno źle zarezerwował hostel, wrzesień z sierpniem mu się pomylił, ale na szczęście pomocny właściciel hostelu zadzwonił do sąsiada, który wynajmuje apartamenty.



A potem Alentejo, najbiedniejszy region Portugalii, ale jakie plaże- przez to, że te region nie jest tak popularny jak Algarve, gdzie udaliśmy się potem, udało nam się znaleźć puste plaże, gdzie było może z 10 osób tylko. Jedną z takich plaż odkryliśmy przypadkiem, jadąc na kamping namiotowy, gdzie z powodów ekonomicznych spędzaliśmy 2 noce. Na poboczy zaparkowane były 3 samochody, więc Nuno stwierdził, że to znaczy, że gdzieś tu jest droga na plażę, znaną tylko lokalnym i że na pewno plaża jest świetna. I była- piaszczysty piasek, błękitna woda, a dookoła pustka- nie tak jak w Algarve, gdzie w szczycie sezonu ręcznik na ręczniku. Idealna plaża- polecam moim rodzicom, bo tłumy to jest to czego nie znoszą na plaży.



Na kempingu- o najlepszym standardzie jaki widziałam na polu namiotowym było wszystko- bar, restauracja, co wieczór jakieś atrakcje- a to film (trafiliśmy na jakiś z Jacki Chanem), a to karaoke- do tego popcorn, churros czy inne przysmaki słodkie i w oleju :) No i mała przygoda z zakopaniem się w piachu, jak parkowaliśmy samochód w środku lasu. Na szczęście byli na to przygotowani i wyciągnęli nas jeepem.

A potem Algarve… mała miejscowość Lagos była naszą bazą wypadową. Codziennie inne plaże. Gdyby nie turyści, wiele z nich byłoby rajem na ziemi- zresztą zdjęcia mówią same za siebie.


12 dni minęło zdecydowanie za szybko. Ale miałam wrażenie, że jest to kraj, gdzie mogłabym zamieszkać. Piękne miejsca, ciekawe miasta, pyszne jedzenie, język, który rozumiem. Do jedzenia podchodzi się tam zresztą inaczej niż w Polsce, celebruje się bardziej posiłki, przywiązuje do nich większe znaczenie. Zresztą tak jak we Włoszech czy Francji. Czasami jeździliśmy specjalnie do jakiejś małej miejscowości tylko dlatego, że była znana z jakiegoś charakterystycznego dla niej posiłku. Czy do restauracji w miasteczku, gdzie nie było nic, tylko dlatego, że serwowano tam dobre owoce morza. Prawdą jest, że zjadłam tam pyszny ryż z ośmiorniczką, która aż się w ustach rozpływała. Dzięki tym wyprawom kulinarnym jadłam szaszłyka rybnego, gdzie jedyną znaną mi rybą był łosoś. Albo byliśmy na festynie sardynki i po raz pierwszy jadłam je w postaci grillowanej, a nie zapuszkowanej.



Mogłabym o tej wyprawie rozpisać się jeszcze na kilkadziesiąt linijek, ale wtedy bylibyście jeszcze bardziej zazdrośni.


I came back from my holidays 11 days ago but only now I have some free time to write. Returning to work was brutal (especially since my plane landed at 7 and at 9 I was already at the office), a lot of catching after 12 days of not spending a minute thinking about my work, I was came back home tired and to the empty apartment, so I preferred to have a nap or to watch sth than to write a post. Fortunately, the weekend after Celina came to visit, but about that I’ll write in due time, that is in the next post.

Before actually going to Portugal, I spent two weeks thinking about that and preparing myself by googling pictures of beautiful beaches. At the airport, Baneasa (about the same size as the local airport in Bydgoszcz, but uglier and with more flight per day, but that is the capital) my plane was delayed again, it seems to become some tradition. What’s more, flying with Romanian low-cost airlines is even worse than flying with Ryanair, so imagine. And there was this gypsy family ( I was just praying that they wouldn’t sit next to me) that somehow saved up / stolen enough money to buy tickets to Lisbon. Evidently, they weren’t going there to visit or sightsee. Seeing them quarrel at the airport, with the gypsy mum- her breasts hanging down to her bellybutton, no bra of course, a colourful headscarf and this gypsy skirt and gold accessories, made an unforgettable memory stuck in my head.

We spent two first days in Lisbon, amazing city-those narrow streets, yellow old trams (of course I wouldn’t be me if I hadn’t talked Nuno into taking a ride in one of them), quarters with extraordinary atmosphere- Alfama, Baixa, Bairro Alto... Lisbon is a great city just to wander round, to get lost in the labyrinth of streets, then to stop at some bar or cafe sipping glass of wine- maybe some fado music in the background, or what is now more common- some African or Brazilian rhythms, you can also order some delicious coffee (personally I don’t drink coffee, but Nuno says that in Portugal and Italy they serves the best coffee, so I just believe him).



Saturday evening we went to Cascais to meet Nuno’s parents for dinner, and they were so impressed how I’d improved my Portuguese. If it wasn’t for small problems with the car (some kind of anti rain or bud protection fell down and we had to attach it to the bumper with a tape.

The next day we had to leave at a garage, so we spent the day in the Lisbon Oceanary, where I saw the strangest fish ever (fish-moon), but then, some days later, I ate a fish (Tamboril in Portuguese), which looked like a human face, and nothing more can surprise me:) And then a small shopping for perfect for sunglasses-Nuno’s generosity:)



In the evening, we tasted some summer versions of caipirinha (with strawberries and with black vodka-yummy) in Bairro Alto, where there are like hundreds bar, so you just go from one to another, people drink on the street and have fun. Well, there are also some strange-looking individuals trying to sell u other substances, which seems to be a good business in Lisbon, because they've tried to sell us stuff from 10 am-or it can be that we look as people who just can use some stronger shit...

Of course we do some sightseeing -Jeronimos Monastery, Belem Tower, Monument of the Explorers, and many others. And of course, eating-no photos this time- I was too busy eating. For example, pasteis de Belem (pasteis de nata), whose recipe is closely guarded. Apparently only 3 people know the original recipe, (only Casa Pastéis de Belém produces the "original" ones and the rest just tries to imitate them) and are not allowed to travel together.




After Lisbon, we stopped for 2 nights in Sintra, a small, picturesque village, a half an hour drive from Lisbon, where the main attraction is Palacio de Pena (according to Nuno, it is the palace that served as the inspiration for the Disney logo, but surely that is Portuguese pride making him say so). Anyway, the Palace is interesting combination of various styles, sometimes lightly being tacky but in a good way. The surroundings are also impressive, the garden, where, thanks to a microclimate, strangest tress that had been brought there from the farthest corners of the world, create a dark atmosphere. Here we had a small adventure with accommodation. Nuno incorrectly booked our stay in a hostel, he confused September with August, but fortunately a helpful hostel owner just called his neighbour that was renting rooms.



And then Alentejo, the poorest region of Portugal, but the beaches were simply amazing (can’t find better word), and because this region isn’t as popular as Algarve, we still could find secluded beaches, where there were perhaps 10 people only. We discovered one of these beaches totally by accident, while driving to the campsite, where-for economic reasons, we were to spent two nights. On the roadsides there were some cars parked, so Nuno figured out that it must mean that somewhere there was a path, that only locals knew about, leading to a great beach. In fact, that was true-nice sand, blue water, and around almost nobody- unlike in the Algarve, where in peek season there is a towel next to a towel. That perfect beaches that you can find in Alentejo, I recommend to all those who like, like my parents, to be separated by 500 meters (at least) of sand from other people on the beach.



At the campsite, probably the best one I’ve ever been to- they had it all- bar, restaurant, some things happening every night- movie (we were when they put one with Jackie Chan) or karaoke, popcorn, churros or other sweets in deep-oil :) This time our adventure was that when we were parking a car between some trees, we got stuck in the sand and couldn’t get out. Probably we weren’t the fisrt cause they pull out with a jeep.

And then Algarve ... a small town, Lagos, was where we were staying at the nice guesthouse. Every day, we went to another beach. Were it not for tourists, many of them could be called a paradise on earth. As you can see, the pictures just confirm that.



12 days passed far too quickly. At the end of my holidays, I had the impression that this is a country where I could live. Beautiful places, interesting cities, delicious food, language I understand. When it comes to food, they have different attitude towards it, different from how we Polish people treat meals, in PT they celebrate it more, give bigger importance to them. As Italians or French do. Sometimes we would just go to some small town, only because it was known for some characteristic meal that was being prepared there. We also went to some famous restaurant, in a town that had nothing interesting from a touristic point of view, just because they were famous for their sea food (but the truth is I ate there the most delicious rice with octopus- that was so tender). Thanks to those culinary expeditions I ate fish shish-kebab, where the only fish I knew was a salmon. Or we went to Festa de sardinha, where for the first time I ate grilles sardines, and not the canned ones.


I could go on like that for more paragraphs, but it would only make you more jealous.

3 comments:

  1. piękna ta Portugalia, opisujesz ją tak zachęcająco , że po porost trzebapojechać i to wszystko zobaczyć i zjeść te pychotki i wypić te drinki....

    ReplyDelete
  2. Pieję z zachwytu nad tym pięknymi miejscami, które przedstawiłaś nam- Ach!Och!Ja też chcę do Portugalii!!! Taaaaaaaak zazdroszczę:pustych plaż,miękkiego piasku, cudownych knajpek i degustowania regionalnych dań, podziwiania architaktury, wieczorów przy muzyce i drinkach i...wystarczy. Porostu wiem, ze tam kiedys pojadę na pewno.
    Agnieszko, bardzo dziękujemy za kartkę z Lizbony( dotarła wczoraj.Zastanawia mnie czerwony kolor tramwaju, pisałaś o żółtych?
    Bożena

    ReplyDelete
  3. Cieszę się, że zachęcam do podróży do tego, jakże pięknego kraju. I te jedzonko. i wino...
    Kartka szła i szła :) tak, tramwaje te stare i tradycyjne są żółte, te nowsze już niekoniecznie, ten czerwony ze zdjęcia to chyba taki, co po szlaku turystycznym jeździ.
    pozdrawiam serdecznie :)

    ReplyDelete