
Kolejny post miał być o weekendowej wizycie Celiny i będzie. Zaczęło się w nocy z piątku na sobotę, na lotnisku Otopeni, skąd miałam odebrać Celę, bo dla kogoś, kto pierwszy raz przyjeżdża do Rumunii przejazd taksówką może zamienić się w traumatyczne przeżycie. My po kilku miesiącach niby wiemy, czego się spodziewać, ale i tak mnie zaskoczyło, jak jeden taksówkarz powiedział, że na Otopeni (trochę poza Bukaresztem już) to on nie jedzie. Nic, dojechałam, odebrałam Celę i pojechałyśmy do mieszkania. Na późno było na jakiekolwiek wyjście, więc tylko małego drineczka przed snem.
Zeszły weekend był najgorętszym weekendem w tym roku, więc wszyscy normalnie myślący ludzie zostali w mieszkaniu, z włączoną klimatyzacją, albo chociaż przy zimnych napojach. Dla nas taka opcja jednak nie wchodziła w grę, trzeba było ruszyć na zwiedzanie miasta. Na szczęście Bukareszt (w tym przypadku) to nie Rzym, Barcelona czy Wiedeń i w dwa dni, robiąc dużo przerw i wstając późno, da się zobaczyć wszystko, co jest warte do zobaczenia. Najpierw

park Herestrau (bo drzewa i cień), potem Muzeum Wsi (bo jeszcze tam nie byłam, plus też drzewa), potem Łuk Triumfalny w wydaniu rumuńskim, potem spacer na Piata Victoriei, gdzie usiadłyśmy w klimatyzowanym Starbucksie przy mrożonej kawie. Potem mały spacer aż do Unirii, po drodze mijając kontrasty bieda-przepych, plątaninę kabli czy kamienice, które po odrestaurowaniu mogłyby konkurować z tymi paryskimi. Po kilku godzinnym spacerze byłyśmy tak spocone, że tylko prysznic mógł nas uratować. Potem kolacja w La Mama (Cela spróbowała sarmale, ja mici, a na deser się podzieliłyśmy papanasi) a potem z Iloną i Tyckiem na Lipscani. Potem było tylko ciekawiej. Po drinku na Lipscani, gdzie szczęśliwym zbiegiem okoliczności znaleźliśmy stolik w 5 minut, poszliśmy do Mojo, gdzie na piętrze było karaoke, a na dole koncert na żywo- śpiewało ciacho z Australii, w pierwszych rzędach tłum młodych rumuńskich groupies. Na karaoke poznaliśmy 50 letniego Szkota, który przed tygodniem przyjechał do Bukaresztu, zdążył po jednym piwie opowiedzieć nam historię swojego życia (dwukrotnie żonaty, syn ma problemy z kokainą, facet córki jest dealerem, a Szkot- zapomniałam imienia- musiał po prostu uciec trochę od tego wszystkiego). Potem rundka po barach (do El comendante nawet nie weszliśmy, jakaś porażka widoczna od wejścia), Cela miała okazję zobaczyć, jak wygląda rumuński styl imprezowania. Czyli panny tańczące na stołach, skąpo odziane- niestety zdjęć brak. Nas już to nawet nie dziwi, każdym barze się to prawie zdarza i po jakimś czasie się to po prostu ignoruje i akceptuje jaką element kultury.


W niedzielę odespałyśmy i po niewielkim śniadaniu zwiedzałyśmy cerkwie. A wcześniej, na lunch, zjadłyśmy lody w melonie- istna rozpusta (jak nam się udało wytłumaczyć jednej z niewielu kelnerek, która nie mówiła po angielsku, co chciałyśmy zamówić). Potem kolejny park, gdzie akurat robili zdjęcia cygańskiego wesela- więc zrobiłyśmy zdjęcie kiczowatych sukienek. A na zakończenie wieczoru, kolacja w Caru Cu Bere- tradycyjnie już, tym razem z Pauliną, nową Polka, która jak się okazało pracuje w Oracle, tylko w innym dziale.


W poniedziałek chciałam wysłać Celę do Sinaia, żeby zobaczyła, że Rumunia nie ogranicza się do Bukaresztu, ale pałac Peles był zamknięty, do tego tory kolejowe remontowane, więc niestety ten plan nie wypalił. Spotkałyśmy się na długi lunch, a po pracy razem z Andą poszłyśmy do arabskiej knajpy na drinka.
Teraz odliczam czas do kolejnej wizyty, tym razem Kasia z Kubą, ale że robią objazdówkę po Rumunii nie do końca wiadomo, kiedy dokładnie do mnie dojadą.
I promised to post sth about Celina’s weekend in Bucharest, so here we go... It all begun on Friday night, when I went to pick Cela up from Otopeni airport, as for somebody that comes to Romania for the first time, taking a taxi can turn into some experience. Well, after few months we should get to know things and be prepared to all possibilities, but it surprised me when one taxi driver said that he wouldn’t take me to Otopeni (which is bit outside of Bucharest). Well, I finally got there, with my second choice-taxi, I picked Celina and we went back to my place. It was too late for going anywhere, so we just had a small drink before going sleep.Last weekend was the hottest weekend this year, so all the normal people just stayed in their fltas, with their AC on, or at least with some cold drinks. For us, however, that wasn’t an option, as we had to do some sightseeing. Fortunately, Bucharest (in this case) is not Rome, Barcelona or Vienna, so in two days, making a lot of breaks and getting up late, you can see everything that is worth seeing. First we went to Herestrau park (for the trees and shade), then the Village Museum (because I hadn’t been there before and they also had some trees there), then Arc de Triomphe, Romanian version, then walking till Piata Victoriei, where we sat down in an air conditioned Starbuck, talking and drinking ice coffee. Then a walk up to the Unirii, where we
could see some examples contrasts misery/luxury, cables hanging out everywhere and houses, that if renovated could compete with those from Paris. After a few hour's walk we were so sweaty that only a cold shower could make us feel better. Then dinner at La Mama (Cela order sarmale, me- mici, and for dessert we shared papanasi) and then we meet with Ilona and Tycek at Lipscani. We had fun that night. After a drink at Lipscani, by happy coincidence, we found a table in 5 minutes, we went to Mojo, where upstairs, there was karaoke, and downstairs, of a live gig where this supposedly cute Australian guy was playing cake from Australia, and apparently he had quite many Romanian groupies in the first rows. At karaoke, we met this 50 year old Scot, who only arrived to Bucharest a week before, after we had one beer with him, he already told us the story of his life (married twice, son with cocaine problems, daughter’s boufriend is a drug dealer, so the poor guy had just to escape from all those problems) Then we went to some bars (we skipped El Comendante, as it looked disappointing). At the second bar, Cela had the opportunity to see the Romanian style of partying- girls in the revealing/skimpy clothes dancing on the bar, unfortunately we didn’t take any photos of that. I think that for us it is not suprising any more, we just treat is as another element of Romanian reality.
On Sunday we slept the night off a bit, after small breakfast we continued our sighseeing, we went to see some Orthodox churches. But before, we had ice cream in a melon- after we managed to explain one of the few non-English speaking waitresses what it was that we wanted. Then we went to another park, where they were talking photos of some Gypsy wedding, so we made a photo of their ugly tacky dresses. Then, we meet for dinner with Paulina (a new Polish girls that I met, who happens to work in Oracte, in another department) in Caru cu Bere, which is kind of tradition when having visitors.
On Monday, I wanted to send Celina to Sinaia to see that Romania is not limited to Bucharest, but the Peles Palace was closed and the railway track was being repaired, so unfortunately, this plan didn’t work out. We met for a long lunch, and after working we went with Anda to some Arab pub for a drink .Now, I’m waiting till Kasia and Kuba visit, but don’t exactly know when they are coming, cause they are on a road trip around Romania, so couldn’t tell when they reach Bucharest.
Sprytnie sobie zorganizowałyście czas w ten upalny weekend, dobrze, że nie zrezygnowałyście ze zwiedzania Bukaresztu:))) No,bo żal Celiny, żeby miała siedziec w domu.Logistycznie wypadłaś Agnieszko na bardo dobry, pobyt koleżance w Bukareszcie ubarwiłaś i pewnie będzie miło go wspominac.Bożena
ReplyDelete